ISSN 2956-8609
Z okazji Roku Wiercińskich w Instytucie Sztuki PAN można oglądać wystawę Album nieteatralne, prezentującą głównie zdjęcia z archiwum rodzinnego Edmunda i Marii1. Złożona z kilkudziesięciu powiększeń w ujednoliconym formacie, zawsze zestawionych z tekstem – cytatami z listów lub wspomnień – jest pierwszą tego rodzaju ekspozycją opowiadającą o „pozateatralnym” życiu Wiercińskich. Tytułowy „album” układa się w fotograficzną historię rodzinną, ułożoną chronologicznie – od najstarszych zdjęć z lat młodzieńczych, z początków XX wieku, jeszcze sprzed wspólnego życia bohaterów, przez portrety: pojedyncze (głównie Marii), podwójne (przede wszystkim Marii i córki Wiercińskich, Ewy) oraz potrójne (tu niemal zawsze Marii, Edmunda i Ewy), aż po ujęcia rejestrujące ostatnie wspólne chwile w latach tuż powojennych. Daleka od typowo muzealnej, a tym bardziej galeryjnej przestrzeni atmosfera wąskiego korytarza Instytutu przy ulicy Długiej, w którym zawieszono współczesne wydruki, nie odbiera zdjęciom ich wyjątkowości. Przeciwnie – prosty pomysł ekspozycyjny pomaga wybrzmieć tej historii, która fascynuje nie tylko ludzi znających dobrze historię teatru i twórczość Wiercińskich. Podekscytowana pociągającą wizualnością tych zdjęć, podążając za wskazaniami filozofa Richarda Shustermana2, który podkreślał zarówno performatywność procesu ich powstawania, jak i zwracał uwagę na somatyczne i dramatyczne aspekty samej fotografii, chciałabym spróbować odpowiedzieć na pytania (które w zasadzie zawsze, oglądając zdjęcia, powinniśmy sobie zadawać): kto, kogo i jakiego rodzaju sprzętem fotografował, w jakich okolicznościach powstawały oraz czym ostatecznie się stawały (stają) zdjęcia ze zbioru, którego niewielki wycinek możemy oglądać na wystawie?
Fotografujący
„Bardzo
lubił się fotografować, chociaż – zwłaszcza w ostatnich latach – do swojej powierzchowności odnosił się bardzo
krytycznie. Lubił też sam fotografować i pozostawił dużo zrobionych przez siebie
zdjęć”3 – pisała we wspomnieniach o mężu Maria, wymieniając fotografowanie zaraz za
innymi ulubionymi: opalaniem, szmerem strumyków, Doliną Chochołowską, olejkiem
lawendowym i przeglądaniem gazet. Również zbiór negatywów przechowywanych w
archiwum rodzinnym, który stały się podstawą do wykonania powiększeń na
wystawę, oraz albumy i setki odbitek przechowywanych w depozycie w Instytucie
Teatralnym właściwie jednoznacznie wskazują, że autorem większości fotografii
był Edmund Wierciński. Aparat kupił prawdopodobnie pod koniec lat dwudziestych
XX wieku, fotografem stał się więc niemal w tym samym momencie, co ojcem (Ewa
przyszła na świat w 1926). Może zresztą to była właśnie przyczyna zakupu? Pragnienie
rejestrowania wyglądu tak szybko zmieniających się dzieci nie było, jak można
by stereotypowo zakładać, zarezerwowane tylko dla matek – choć to właśnie do
nich w latach trzydziestych kierowano reklamy sprzętu, a sama Janina Mierzecka,
jedna z najważniejszych fotografek dwudziestolecia międzywojennego, w
„Fotografie Polskim” w 1930 roku udzielała porad matkom, które kupiły aparat „z
powodu dziecka”4.
Jedno z najwcześniejszych zachowanych zdjęć małej Ewy ojciec wykonał w Wilnie, w 1927 roku, w pełnym słońcu [fot. 1]. W kolejnych latach powstały ich dziesiątki.
„Robienie zdjęcia to działanie cielesne, które wymaga pewnego wysiłku oraz kompetentnego posłużenia się własnym ciałem”5 – pisał Shusterman; nie każdy lubi ten rodzaj wysiłku, dopowiadał dalej. Wydaje się, że Wierciński, który przecież na co dzień zawodowo pracował ciałem, miał je wyćwiczone i doskonale kontrolował, był też odpowiednio przygotowany do czynności fotografowania. Może dlatego też tak bardzo to polubił?
Fotografowane/fotografowani
Po drugiej stronie
aparatu, w performatywnym procesie powstawania zdjęć udział brały przede
wszystkim Maria i Ewa. To, jak pozowanie (do fotografii) bliskie jest grze (w
teatrze) widać na wielu odbitkach z tego zbioru, szczególnie jednak na
wklejonych do albumu fotograficznego ujęciach [fot. 2, 3] z dwóch serii
tańczącej/pozującej Marii. W czarnym kostiumie, na łące w Żuplikach odgrywała
sceny i wykonywała akrobacje. Wierciński zrobił wówczas więcej zdjęć szalonych,
radosnych susów Marii – niewklejonych (wyjętych?) z albumu, lecz zachowanych w
rodzinnym zbiorze.
Uchwyconej tu swobody w ciele Marii trudno szukać w oficjalnych portretach aktorki, wykonywanych przez zawodowców. Zarówno ta, jak i druga seria, w białym kostiumie i czepku na głowie, jasno wskazują też na współautorstwo zachowanego na zdjęciach efektu.
Przed aparatem pojawiają się też inni, przede wszystkim mieszkańcy i goście Żuplik, majątku ojca Edmunda. Wiele kadrów tworzą po prostu rodzinnie, we troje. Wybrane na plakat towarzyszący wystawie ujęcie z Edmundem w centrum, z lekko uniesioną stopą, trzymającym etui od aparatu, Marią w wymyślnej pozie wpatrującą się (zamiast w obiektyw) w trzymaną za nogę lalkę i Ewą, tak przyzwyczajoną już do bycia fotografowaną, jest zabawne i doskonale skomponowane, a wszyscy wydają się doskonale trzymać swojej roli: ojciec-reżyser, matka-aktorka i ich „grzeczna” córka [fot. 4].
Niezwykłe jednak wydają mi się te wszystkie, gdzie Edmund, znacznie wyższy od żony i córki, pochyla się, czasem przykuca, ale prawie zawsze kurczowo przytula się obu [fot. 5]. Ta poza wynika najprawdopodobniej z używania samowyzwalacza, pozwalającego zrobić zdjęcie z opóźnieniem. Możliwość zrobienia zdjęcia wszystkim trojgu bez konieczności udziału dodatkowej (obcej?) osoby, wymagała od ustawiającego ujęcie Edmunda uwolnienia spustu migawki, dobiegnięcia w ustalone miejsce i zajęcia pozycji. Ponieważ jednak sam nie mógł już skontrolować, czy mieści się w kadrze, instynktownie pochylał się i otaczał ramieniem Ewę, czasem Marię, nieświadomie wprowadzając w obraz zarówno napięcie, jak i element opiekuńczości i czułości [fot. 6].
Aparat
Mieszkowy aparat na negatywy 6 × 9 cm, którego
używał przez całe lata trzydzieste Wierciński, po złożeniu mieszka (harmonijki)
mieścił się w charakterystycznym, płaskim etui. To właśnie ten pokrowiec
widać zawieszony na szyi Edmunda we wszystkich tych sytuacjach, kiedy oddawał
możliwość fotografowania innym – najczęściej żonie lub córce. Ten aparat był
dużo wygodniejszy do fotografowania w pionie – i tak skomponowanych jest
większość zdjęć z tego zbioru. Na rewersach odbitek, które – jak się
wydaje, przynajmniej na początku lat trzydziestych – mógł sam wywoływać,
notował wszelkie informacje pozwalające mu doskonalić się w fotografii.
Zapisywał więc datę i godzinę wykonania zdjęcia (co do minuty), jaka była
pogoda (czy słońce było zachmurzone, czy odkryte), wartość przysłony
(symbol f), czas naświetlania i odległość. Te precyzyjne dane, zapisane jak w
fotograficznym laboratorium, pozwalają odtworzyć warunki, jakie towarzyszyły powstaniu
konkretnych zdjęć. Być może odsłaniają też charakter fotografującego,
perfekcjonisty, amatora, który chciał jak najlepiej opanować technikę i posługiwanie
się sprzętem?
Kontekst
przestrzenno-czasowy
Na rewersach odbitek, obok wspomnianych, bezcennych
dla badaczy zapisków [fot. 7], Edmund notował też nazwy miejsc: Żupliki, Wilno,
Warszawa, tatrzańskie szczyty, niemieckie miasta (to z podróży z 1936 roku). Z analizy
zachowanych zdjęć wydaje się, że fotografował najczęściej w czasie spędzanym z
rodziną, kiedy nie było potrzeby pisania do siebie listów, ale też w momencie
rozstań, na dworcach. „Warszawa Wschodnia, 3 lipca 1938 rano, Ewa – Kretty [imię lalki] – Mysz [Maria], odjazd na «kurę» i wakacje do Pszczyny” – brzmi notatka na rewersie idealnie odegranego
portretu: córka, ciemnoskóra lalka, żona – we trzy wyglądają nieco z góry przez
otwarte okno pociągu. W kolejnych dniach, w czasie rozłąki, pisanie zastępowało
fotografowanie.
Powstałe w tym kontekście i tych okolicznościach zdjęcia były pamiątką, ale przede wszystkim stawały się „fotografijką” – obiektem wyjątkowym, który w listach Wiercińskich zyskał zdrobnienie, jak najważniejsze i najważniejsi: Ewuleś, Motylek, Chinulek, Ukochanek, by wymienić tylko kilka z dziesiątek pieszczotliwych imion, jakie sobie nadawali. Do „fotografijki” mówi się („jak powiem do Twojej fotografijki, żeby się uśmiechnęła to mi się zdaje, że się troszeczkę jakby uśmiecha"6), „fotografijkę” całuje się („Wczoraj na dobranoc pocałowałem twoją fotografijkę”)7, stawia obok niej kaczeńce8, trzeba uważać, żeby jej nikt nie ukradł9. Na liście rzeczy do zabrania, wynotowanej przez Edmunda na kartce włożonej do Zeszytów wojennych „foto M. i E.” jest na pierwszym miejscu10, przed przyborami higienicznymi, papierosami i mydłem. Była ważna dla niego do końca, kiedy w szpitalu „wydawał różne drobne polecenia, np. dopilnować odbitek fotografii i kazać zwrócić kasetę [na negatywy]11” – to z 31 sierpnia 1955 roku, dwa tygodnie przed śmiercią12. Stała się też w końcu łącznikiem z córką, która z czasem już nie tylko była fotografowana, ale też fotografowała i tworzyła albumy. Fotografia stała się dla Edmunda i Ewy wspólnym językiem, obszarem porozumienia, niedostępnym wprost dla Marii. „Tata prosił, żeby Ci napisać, że diafragma [przysłona] 16, a odległość 4 mtr. Nic się na tym nie wyznaję, ale piszę” – notowała w liście do córki w kwietniu 1955 roku13.
W przywoływanym tu wielokrotnie tekście Shusterman pisał, że fotografia (photography), jako działanie, dziedzina czy doświadczenie to coś więcej niż zdjęcie (photograph) w sensie odbitki czy cyfrowego obrazu14. Choć swoje rozróżnienie odnosił do „sztuki fotograficznej” wydaje się jednak ono szczególnie przydatne do analizowania i zrozumienia fenomenu fotografowania Wiercińskich, dopowiadającego tak wiele o ich teatrze i ich relacjach.
Przypisy: