ISSN 2956-8609
Niemal każdy w Polsce wie, kim był Mickiewicz, i prawie każdy wie, kim jest Aleksander Łukaszenka. Ale jak to się stało, że sielskim krajem rodzinnym Mickiewicza, zwanym przez niego „Litwą”, o którym pisał wiersze po polsku, rządzi dziś postsowiecki, brutalny dyktator? „O Litwie, dalibógże! mniej wiem niż o Chinach” – te słowa z Dziadów można z powodzeniem odnieść do naszej obecnej wiedzy o Białorusi. Mocno się zafrasowałam, gdy otrzymałam zadanie przybliżenia polskiemu czytelnikowi sytuacji w tym kraju. Od czego właściwie należałoby zacząć? Przecież nie od objęcia władzy w Republice Białoruś przez Aleksandra Łukaszenkę, bo to tylko kolejny rozdział historii, ponury i tragiczny, trochę też groteskowy, ale – ani pierwszy, ani ostatni.
Nie da się opowiedzieć o Białorusi bez odwołania do historii zatopionej, politycznej Atlantydy, po której zostały tylko malutkie skrawki lądu – a mianowicie do historii Wielkiego Księstwa Litewskiego. Przyjrzenie się losom tego dziedzictwa, choćby i odległego, jest absolutnie konieczne, by zrozumieć dzisiejszą Białoruś.
Zbyt często mówimy o polsko-litewskiej unii, najpierw personalnej, a potem realnej, jako po prostu o Polsce, o państwie polskim. Przecież przez kilka wieków była to federacja dwóch państw: Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, wraz z innymi jeszcze, zależnymi podmiotami. Stąd nawet i tytuły władców były dużo dłuższe niż po prostu: „król Polski”. Na przykład Zygmunta Augusta, ostatniego z Jagiellonów, tytułowano: „Zygmunt August, z Bożej łaski król Polski, WIELKI KSIĄŻĘ LITEWSKI, ruski, pruski, mazowiecki, żmudzki, kijowski, wołyński, podlaski, pan i dziedzic Inflant”.
Jednocześnie, zwłaszcza od czasów unii lubelskiej w 1569 roku, elity drugiego z podmiotów federacji, czyli Wielkiego Księstwa Litewskiego, stopniowo się polonizowały, zmieniały język, a także w części wyznanie (najpierw prawosławie na kalwinizm, a potem – najczęściej – na rzymski katolicyzm). Istotną, a z czasem kulturowo dominującą częścią Wielkiego Księstwa stały się wchłonięte przez Litwinów w średniowieczu księstwa ruskie, czyli dzisiejsza Białoruś. Innymi słowy, przodek dzisiejszego Białorusina sprzed kilku wieków, jeśli w ogóle określał się narodowo, a nie tylko jako „tutejszy”, to raczej uważał się za „Litwina”.
Od 1596 roku, po zawarciu unii brzeskiej między częścią hierarchii prawosławnej Rzeczypospolitej a Kościołem katolickim, Kościół unicki (greckokatolicki) stopniowo stawał się dominującym wyznaniem ludności białoruskiej, co sprawiło, że miał wszelkie szanse zostać narodowym kościołem przyszłego narodu białoruskiego. Warto pamiętać, że w tych czasach religia odgrywała rolę w zasadzie jedynej „kultury wyższej” prostego ludu. Ludzie określali się najczęściej nie za pomocą etnicznej przynależności (jak dziś), lecz przynależności do konfesji.
Dziś Kościół grekokatolicki kojarzymy przede wszystkim z Ukrainą, ale w XVII wieku w o wiele większym stopniu dominował on na ziemiach białoruskich, gdy na ziemiach ukraińskich dominowało prawosławie (Kozacy uważali się wręcz za jego obrońców). Gdy więc w roku 1839 car rosyjski zlikwidował unię kościelną na ziemiach zabranych Rzeczpospolitej (co dokonywało się ostatecznie do lat sześćdziesiątych XIX wieku) i przymusowo kazał przypisać ludność do moskiewskiego prawosławia, białoruscy włościanie (głównie, choć nie tylko oni) utracili wyróżnik tożsamości („ja nie moskiewskiej wiary”) i rodzime wsparcie duchowe, pod wieloma względami stali się bezbronni wobec wpływów Moskwy. W tym właśnie okresie w Europie rodziła się świadomość narodowa w nowoczesnym rozumieniu tego słowa.
Wybiegliśmy jednak zbytnio naprzód. Powróćmy do wieku XVII, czyli epoki kolejnych wojen Rzeczpospolitej z Moskwą, które okazały się dla ziem białoruskich historyczną katastrofą. Szczególnych zniszczeń doznała Litwa w wojnie, która toczyła się w połowie XVII wieku (w latach 1654–1667), gdy Moskwa na kilka lat zajęła i spustoszyła nawet Grodno. Historycy uważają, że w wyniku działań wojennych, ale też epidemii i głodu, ludność Wielkiego Księstwa Litewskiego mogła wtedy zmniejszyć się nawet o połowę! Gdy dziś mówimy o głęboko zakorzenionym białoruskim pacyfizmie, musimy pamiętać o kolejnych strasznych wojnach, przetaczających się przez strategiczną bramę Wschód – Zachód, na której leżą ziemie białoruskie. Wojna z Moskwą w połowie XVII wieku była jedną z najgorszych. W kolejnych stuleciach nastąpiły i inne: napoleońskie, I wojna światowa, II wojna światowa.... Wszystkie niszczące, a mające niewiele wspólnego z interesem miejscowej ludności.
Jednak najstraszniejszym piętnem na historii i teraźniejszości Białorusi i Białorusinów odbiła się, trwająca niemal dwieście lat, rosyjska niewola. Od trzeciego rozbioru Rzeczpospolitej w 1795 roku (a w przypadku wschodniej części już nawet od pierwszego rozbioru, dwadzieścia lat wcześniej), ziemie białoruskie przeszły nie tylko pod panowanie Rosji (z wyjątkiem dwudziestu lat, gdy zachodnie regiony obecnej Białorusi wchodziły w skład odrodzonej II Rzeczpospolitej), ale stały się bezpośrednio częścią Imperium Rosyjskiego, a potem sowieckiego.
To właśnie ten fakt, połączony z wpływem moskiewskiej cerkwi, wpłynął zasadniczo na dalsze losy białoruskiego narodu. Trwająca przez kolejne stulecia kulturowa, najczęściej zresztą dobrowolna, polonizacja, a potem, pod zaborami, rusyfikacja większości etnicznie białoruskich elit, pozostawiła lud bez przywódców. Jeśli dodać do tego duchowy i – nie waham się użyć tego słowa – propagandowy wpływ moskiewskiej cerkwi, trudno się dziwić, że „narodowe przebudzenie” Białorusinów (w sensie nowocześnie rozumianej świadomości narodowej) nastąpiło późno i było relatywnie słabsze niż w innych krajach, nawet sąsiedzkich. Dlatego podejmowane w 1918 roku próby stworzenia reprezentacji politycznej niezależnej Białorusi i powołania armii nie przyniosły znaczących rezultatów. Za to bolszewicka Rosja, a potem ZSRR, uznała ludność białoruską, w przeważającej części wiejską, której zaoferowano awans i transfer do miast, za doskonałe tworzywo do produkcji nowego, sowieckiego człowieka. W krótkim miodowym okresie, w latach dwudziestych, na niewielkich terenach Białorusi i Mińska, włączonych do ZSRR, zezwolono nawet na tzw. białorutenizację. W jej ramach mogli funkcjonować białoruscy pisarze, teatry, rozkwitły stowarzyszenia kulturalne.
Pod koniec lat dwudziestych XX wieku ok. 80 % szkół w tej republice było białoruskojęzycznych. Wszystko to skończyło się gwałtownie w samej końcówce lat dwudziestych i na początku trzydziestych, gdy „odrodzeniowców”, czasem też nawet po prostu białoruskich komunistów, masowo oskarżano o narodowe odchylenie i aresztowano. W więzieniach i na zsyłkach wylądowali pisarze, uczeni, nauczyciele, językoznawcy, historycy, geografowie i krajoznawcy. Wielu z nich ostatecznie rozstrzelano. Represje trwały aż do okresu wielkich czystek, gdy w nocy z 29 na 30 października 1937 roku, zwanej dziś Nocą Rozstrzelanych Poetów, w Mińsku stracono ponad stu inteligentów z list represyjnych – wśród nich około dwudziestu pisarzy oraz uczonych, rektorów, urzędników i działaczy kultury. W tym samym czasie przeprowadzono forsowną kolektywizację, która, zwłaszcza na wschodzie, zdewastowała, w dużej mierze nieodwracalnie, tradycyjną białoruską wieś: kulturowe podwaliny nowoczesnej, etnicznej, białoruskiej tożsamości.
W efekcie Białoruś stawała się z wolna wzorową republiką radziecką, w której jak na standardy ZSRR żyło się nie najgorzej (oczywiście nie tak jak w Moskwie, to jasne), ale w której nawet ruch dysydencki w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku nie był specjalnie rozwinięty. Ta zaś część dzisiejszej Białorusi, która w dwudziestoleciu, w wyniku postanowień pokoju ryskiego, ostatecznie znalazła się pod władzą polską, mimo wszystko miała więcej szczęścia. Niezależnie od nieprzychylnej mniejszościom narodowym polityki władz polskich, od wpływów endecji, która programowo zakładała polonizację mniejszości narodowych; niezależnie od tego, że grupa działaczy białoruskich oskarżonych o powiązania z sowietami wylądowała w więzieniu, ta część ludności białoruskiej zachowała dłużej prywatną własność ziemi, a wielu działaczy po prostu zachowało życie. Całą tę mozaikę białoruskich losów w XX wieku chyba najlepiej, a w dodatku lapidarnie pokazuje wspaniałe dzieło ich kultury – musical Narodny Albom.
Nie mam też wątpliwości, że – właśnie z powodów historycznych – wielkie kłopoty przy odzyskiwaniu przez kraj suwerenności państwowej były właściwie nie do uniknięcia. Przybrały twarz Aleksandra Łukaszenki, chamowatego dyrektora kołchozu, byłego wojskowego wojsk pogranicznych ze Szkłowa na mohylewszczyźnie. Przy pierwszych wyborach prezydenckich w 1994 okazało się, ze miejscowa nomenklatura nie ma ani takich talentów, ani chyba takich aspiracji, by zadbać o niepodległość „własnego gospodarstwa”. W tym samym czasie na czele wielu państw, powstałych z dawnych republik sowieckich, stawali miejscowi eks-pierwsi sekretarze partii komunistycznej. Rządzący Białorusią byli urzędnikami Moskwy, pozbawionymi jakichkolwiek aspiracji do samodzielności, nawet nie zamierzali zawalczyć o własny interes. Na fali niezadowolenia z biedy i kryzysu gospodarczego z końcówki rządów Gorbaczowa i początków niezależnej Białorusi (po 1991 roku), pod hasłami walki z korupcją i zaprowadzenia porządku wypłynął Łukaszenka. Wyczuł on panujący wtedy wśród wielu ludzi, zwłaszcza na prowincji, sentyment do czasów sowieckich – utożsamianych z większym bezpieczeństwem – i bardzo zręcznie wyskoczył na tę falę. Sam zresztą był i jest, z przekonania i do szpiku kości, człowiekiem sowieckim. Wręcz nie znosi białoruszczyzny, a identyfikację narodową uważa za zbyteczny szowinizm.
Jako, niestety, polityk wyjątkowo sprytny, bardzo szybko zrobił to, czego nie udało się jego nomenklaturowym poprzednikom: umocnił się u władzy. Zlikwidował wszelkie „narodowe fanaberie”: biało-czerwono-biały sztandar zastąpił czerwono-zielonym herbem na sowiecką modłę, przypominającym kapustę; zmienił hymn i zapewnił rosyjskiemu status języka państwowego, dziś uznawanego za główny. W efekcie, chociaż najprawdopodobniej fałszował wszystkie wybory, poza pierwszymi, które wygrał, wciąż utrzymywał poparcie. Astronomiczne wyniki, które kazał sobie zapisywać, były wprawdzie nierealne, ale na tyle znaczące, że wydawało się, że pewnie mógłby wygrać uczciwe wybory. Po raz pierwszy to przekonanie zachwiało się w 2010 roku, a w 2020 zamieniło się w pewność, że tym razem wybory przegrał. Wszystko się kiedyś kończy i po 25 latach Białorusini mają już dość Łukaszenki. W międzyczasie ujawniły się wszelkie słabości systemu, stworzonego przez niego na Białorusi. Quasi sowiecki skansen, jaki wydawał się bezpieczny po czasach turbulencji, gdy Związek Sowiecki się kończył, okazał się nieznośnie niewydolny, a obywatele coraz jaśniej widzieli, choćby w internecie, że na Zachodzie ludzie żyją inaczej. Scentralizowana korupcja bardzo obciążała system, ale najgorsze okazało się stale postępujące uzależnienie od Rosji. Mniej więcej od 2006 roku Łukaszenka, w zamian za poparcie, po kawałku oddawał Rosji kontrolę nad kolejnymi sektorami gospodarczymi, a zwłaszcza nad energetyką. Obecnie właściwie cała energia potrzebna białoruskiej gospodarce jest powiązana w ten czy inny sposób z rosyjskimi surowcami, technologiami i dystrybucją. W ten sposób Łukaszenka, co jakiś czas wykonujący rytualne umizgi do Zachodu, którymi poprawiał pozycję przetargową wobec większego sąsiada, sam zapędził się w kozi róg. Teraz, po wielkich protestach 2020 roku i po udostępnieniu ziemi białoruskiej do wyprowadzenia ataku na Ukrainę, nawet gdyby chciał, niespecjalnie ma jakiekolwiek pole manewru. Najżyczliwsze nawet umizgi państw Zachodu ze Stanami Zjednoczonymi na czele nie zastąpią dziś Białorusi rosyjskiej ropy, gazu i paliwa jądrowego. Ten, całkowicie już wasalny charakter stosunków z Rosją, doskonale było widać w sprawie buntu Prigożyna, gdzie Łukaszenka starał się odgrywać rolę mediatora, a okazał się tylko blotką wystawioną na wabia.
Ostatnim bastionem suwerenności, desperacko bronionym przez białoruskiego dyktatora, jest już tylko czynny udział w wojnie. Aleksander Łukaszenka śmiertelnie się tego boi, słusznie rozumując, że może to być ostatnia kropla, która przepełni czarę narodowego gniewu i ostatecznie go zmiecie. Bowiem sytuacja Łukaszenki po ponad trzydziestu latach rządów diametralnie się zmieniła. Dziś już mało kto chce powrotu do Rosji, za to coraz więcej obywateli marzy o normalnym życiu.
Po wielkich pokojowych protestach społecznych 2020 roku białoruski dyktator zamienił swój kraj w rodzaj neostalinowskiej satrapii z tysiącami więźniów politycznych i kontrolą wszystkiego, co się rusza. I choć zapewnił sobie przetrwanie, długofalowy efekt – podobnie jak w przypadku ataku Rosji na Ukrainę – okazał się odwrotny do zamierzonego. Rosja, zamiast odzyskać protektorat, zyskała śmiertelnego wroga. Łukaszenka, zamiast przywrócić sterowność państwowej łodzi, zyskał dozgonną nienawiść wielu, zaryzykowałabym opinię: zdecydowanej większości obywateli (jak bardzo spokojna wydawałaby się powierzchnia tego „morza”). W dodatku obudził uśpiony od stuleci podwodny wulkan – własny naród. Gdy na demonstracjach coraz liczniej zaczęły się pojawiać, od ponad dwudziestu lat zakazane, biało-czerwono-białe narodowe flagi, wielu zachodziło w głowę, jak to jest możliwe... Ku zdumieniu tych wielu okazało się, że Białorusini chcą być Białorusinami, a tożsamości nie udało się „wydłubać”.
I chociaż teraz wydaje się, że naród może znów drzemie, a wstrząsy ustały, to tylko pozory. Wstrząsy sejsmiczne na oceanie historii trwają i kolejne części zatopionej Atlantydy wynurzają się nieuchronnie na powierzchnię.