ISSN 2956-8609
I
Moja emigracja zaczęła się trzy lata temu.
Jest nadzieja, że wkrótce się skończy, ale z każdym dniem to uczucie jest coraz
słabsze.
II
Budzę się o piątej nad ranem, idę do łazienki,
potem robię sobie kawę, wrzucam na talerz twaróg. Takie śniadanie jadł kiedyś van Gogh, co mnie pociesza, ale później przypominam sobie jego los i myślę: „Może nadszedł czas, żeby zacząć gotować kaszę?".
III
Podczas emigracji zmieniłem pięć prac:
McDonald's, sprzedawca rogalików i chleba, barman (choć to brzmi za poważnie –
po prostu nalewałem piwo), kucharz/barista/kelner/sprzątacz w teatralnej
kawiarni, ostatnio pracuję jako ogrodnik. Wydaje się, że na razie wszystko
układa się całkiem dobrze. Jeździmy z chłopakami po Warszawie, przycinamy tuje,
kładziemy trawniki. Ale robi się coraz zimniej. Coraz mniej słońca, coraz
częściej docierają wiadomości o samobójstwach.
IV
Mam 30 lat. Kiedy wyjeżdżałem, miałem 27.
Niczego nie straciłem. Nie miałem ani mieszkania, ani samochodu, tylko kilka
swetrów z second-handu i gitarę, na której i tak nie nauczyłem się grać. Ale
potrafię sobie wyobrazić, jak trudno jest aktorom, którzy mieli głośne
nazwisko, mieszkanie, dorobek, majątek, a na emigracji stali się nikim.
V
Kogo chcę oszukać? Rzeczy materialne to nic w
porównaniu z rodzicami, piecem, na którym można się położyć, jeziorem, nad
które jeździłem każdego lata, przyjaciółmi, słuchaniem radia Kultura w kuchni i poczuciem
(niech będzie, że złudnym), że jestem we właściwym miejscu.
VI
Coraz częściej ogarnia mnie apatia. Kiedyś
przychodziła raz, dwa razy w miesiącu. Teraz niemal co tydzień. I nie wiem, jak się
jej pozbyć. Próbuję cały czas czymś się zajmować, albo spać, ale to nie działa. Gdzie jest rozwiązanie? Kto to wie…
VII
Czekanie. Cały czas na coś czekam: na koniec
wojny, na śmierć dyktatorów, na powrót do kraju, na rolę w kinie czy teatrze.
Czas mija, wciąż czekam. Oczywiście rozumiem, że to bezsensowne, ale na razie
nic nie mogę z tym zrobić. Owszem, można nie czekać, tylko działać. Wydaje się,
że działam. Na tyle, na ile to jest możliwe. A może tylko tak siebie oszukuję?
Nie mam na to odpowiedzi. Chcę wierzyć, że sam ze sobą jestem szczery.
VIII
Matka. Po moim wyjeździe zaczęliśmy z mamą
pisać na Viberze. Wymieniamy się nowinami – mama pisze, co nowego
zbudował tata, że grządki trzeba podlewać codziennie, bo upał, albo że ktoś na
wsi widział niedźwiedzia i że osy zaatakowały pszczoły. Zdarzają się też
wiadomości bardziej tragiczne: ktoś zmarł albo poszedł do lasu i nie wrócił.
Zwykle każda wiadomość kończy się tym, że mama tęskni i całuje. Ale pewnego
sierpniowego dnia napisała:
…kochamy, tęsknimy
...to jabłko, letnia antonówka. 480 gramów. Jabłko mojego dzieciństwa.
To bardzo poetyckie. Może to trochę szalone, ale czuję od tych słów ogromne ciepło.
A potem mama przesłała zdjęcie tego jabłka na wadze i moje oczy lekko się zaszkliły.
IX
Łzy. Zauważam, że
coraz częściej chce mi się płakać. Wydaje się, że odpowiedź jest logiczna –
smutek. Ale nie wierzę w to. Mówię sobie, że to tylko taki okres, który się
przeciągnął i trwa… w nieskończoność. I tylko koła pociągu, który nie ma końca,
stukają o tory: tdh-tdh, tdh-tdh, tdh-tdh.
X
Nadzieja. Czasem pojawiają się rezydencje albo
castingi do kina czy teatru. Rodzi się wtedy nadzieja, że mnie wybiorą i choćby na tydzień wrócę do tamtego
dawnego życia, gdzie najważniejszym pytaniem było: „Zagrałem za mocno czy za słabo?”. Potem jednak przychodzi odpowiedź odmowna, albo nie przychodzi wcale,
i znowu budzę się o piątej zero zero, robię kawę i wykładam na talerzyk twaróg .
XI
Jasne dni. Nie, nie jest tak źle, jak się
wydaje. Myślę, że początek mojej emigracji był jednym z najbardziej łagodnych,
jakie można sobie wyobrazić. Najpierw jedna teatralna rezydencja, potem zdjęcia
w innym kraju, później kolejna rezydencja i udział w spektaklu. Ale to wszystko
nie wydarzyłoby się bez pomocy, za którą jestem bardzo wdzięczny. Szczerze
mówiąc, nie wiem, czy na nią zasłużyłem. Mam nadzieję, że tak, i że siły, czas
i pieniądze mi poświęcone nie zostały zmarnowane.
XII
Siła. Może to zabrzmi zbyt buńczucznie, ale czuję w sobie siłę, żeby zagrać coś „wielkiego”. Zawsze pociągała mnie rola
Raskolnikowa – może pozostanie to tylko marzeniem, ale na razie trwa ono we mnie i
pomaga mi trzymać się na tej niezrozumiałej emigranckiej ziemi. I oczywiście,
jeśli to marzenie się spełni, istnieje duże ryzyko porażki. Ale jak powiedzieli
w jednym filmie: „Przynajmniej spróbowałem”.
XIII
Wciąż zaskakuje mnie mechanizm dziwnego
powrotu do rzeczywistości. Gdy spędzam dzień lub dwa w mieszkaniu, zanurzony w
swoich białoruskich myślach, a potem wychodzę na ulicę i słyszę polski język,
dopiero wtedy uświadamiam sobie, że jestem w innym kraju. Tych pierwszych 50–70
metrów po wyjściu z domu idę „jakbym był u siebie”, a potem nagle słyszę „co
się stało” – i to momentalnie sprowadza mnie z powrotem na emigrację. Wydaje mi
się, że skoro po trzech latach to uczucie nie minęło, to już pozostanie ze mną
na zawsze.
XIV
Obcy. Nawet jeśli nauczę się języka i będę
mówić bez akcentu. Nawet jeśli zacznę kupować pudełko pączków na Tłusty
Czwartek i smażyć karpia na Wigilię. Nawet jeśli minie 30 lat – to uczucie
obcości nie zniknie. Jestem pewien, że są ludzie, którym to nie przeszkadza.
Żyją i nawet o tym nie myślą – mają zupełnie inne problemy i pragnienia. Ale – niestety lub na szczęście – do nich nie należę.
Coś podobnego czułem, gdy po ukończeniu akademii zostałem skierowany do pracy w Mohylewie. Przez pierwsze miesiące prawie cały czas siedziałem w akademiku albo bez celu włóczyłem się po ulicach. Potem jednak uratowała mnie praca – z miesiąca na miesiąc było coraz więcej prób i spektakli, więc poczucie obcości znikało.
XV
I tutaj, na emigracji, jest podobnie. Gdy
pojawia się coś nowego – próby, praca na planie zdjęciowym – od razu robi się
łatwiej. Nawet więcej: wszystko inne przestaje mieć znaczenie – gdzie śpię, co
jem, ile mam pieniędzy w kieszeni. Najważniejszy jest proces, w który jestem
teraz zaangażowany. Niestety, praca w teatrze zdarza się coraz rzadziej. Nie mam
też ochoty na całkowitą zmianę ścieżki życiowej. Już raz to zrobiłem.
Po czterech latach technikum zrozumiałem, że to nie dla mnie. Wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl, by zostać klaunem. Ale na Białorusi nie ma szkół, które by uczyły tego zawodu. Przypadkiem trafiłem na Akademię Sztuk, po egzaminach byłem trzynasty na liście, miejsc w grupie na bezpłatne, tak zwane budżetowe studia, też było trzynaście. Wtedy zdecydowałem, że to będzie mój los.
Dlatego teraz, mimo że czasami jest bardzo trudno, nie chcę rzucać aktorstwa i szukać czegoś nowego. Wierzę, że aby coś osiągnąć (tylko komu te osiągnięcia są potrzebne?), trzeba skupić się na jednej rzeczy. Może wtedy los ułoży się tak, by do czegoś doprowadzić. A może nie…
XVI
Ostatni spektakl. To była bajka dla dzieci w
białoruskiej szkole w Warszawie. Znów przypomniał mi się Mohylew. Jeździliśmy z
teatrem po przedszkolach i obozach dziecięcych. Pewnego razu graliśmy na dworze
w pełnym słońcu, a mimo to nasz sprzęt oświetleniowy – dwa reflektory – włączono na
początku i wyłączono na końcu bajki. Wyglądało to absurdalnie, ale
mniejsza z tym. W Warszawie też mieliśmy dwa reflektory i korytarz zamiast
sceny i widowni. Muszę powiedzieć, że było w tym coś z „klasycznego” teatru, gdzie
właśnie aktor, a nie sprzęt, jest na scenie najważniejszy. I to od niego zależy,
czy widz zanurzy się w opowieści, czy pozostanie obojętny. Wydaje mi się, że
wtedy nam się udało.
Potem jednak spektakl się skończył, pojawiły się różne myśli i zły nastrój.
Jakby człowiekowi, który całe życie pływał, odebrano wodę. Spadł deszcz, rzeki znów są pełne i burzliwe, i na chwilę można wrócić do dawnego życia. Ale potem woda znika i myślisz: może lepiej było bez tego deszczu? Po co te nadzieje, które do niczego nie prowadzą?
XVII
Komu to wszystko potrzebne?
Gdy spojrzę na to, co chcę robić, oczami realisty, rozumiem, że ludzie na emigracji mają inne problemy: legalizacja, praca, gdzie zrobić zęby. Myśl o teatrze, jeśli się pojawia, to gdzieś na końcu. I bardzo mało ludzi decyduje się na jej realizację.
Chwila szczerości. Pokazanie spektaklu trzy razy jest sukcesem, więcej razy – wyjątkiem. Rodzi się więc pytanie: komu to potrzebne? Mnie? Po co? Żeby co? Żeby znów opowiedzieć o białoruskich protestach 2020? Żeby zarobić trochę pieniędzy? Poczuć, jak to jest być aktorem? Nie mam odpowiedzi na te pytania. I nie wiem, czy są one w ogóle potrzebne.
Ale jedno wiem na pewno – gdybym jeszcze raz miał wybór: zostać w kraju czy wyjechać, wyjechałbym.
1 listopada 2024
przekł. Irina Lappo