Raptularz
  • archiwum
  • podcasty
  • autorzy
  • pół serio
e-teatr
e-teatr

ISSN 2956-8609

z Alaksiejem Strelnikauem rozmawia Hanna Yermakovich

Poddać się temu strachowi – znaczy przegrać

07.08.2026

Wiadomość o śmierci Alaksieja Strelnikaua była szokująca. Wywiad powstał w czerwcu 2022 roku, rozmawialiśmy długo i szczerze. Alaksiejowi podobał się gotowy tekst, ale kilka dni później zadzwonił i poprosił o opóźnienie jego publikacji. „Jeśli mnie jednak wsadzą, publikujcie natychmiast, pod moim nazwiskiem” – powiedział.

Prośba ta musiała być dla Alaksieja bolesna – nie umiał milczeć, nienawidził tego. Myślę,  że przez całe życie nosił przy sobie swój bezkresny wszechświat, czekając na możliwość otwarcia go przed wszystkimi. I że zabijał go każdy dzień oczekiwania na to otwarcie.

Hanna Yermakovich

Aliaksiej Strelnikau | free-teatr-aleks-strel.net/en/

Hanna Yermakovich: Panie Alaksieju, w jaki sposób teatr powinien dziś mówić o wojnie?

Alaksiej Strelnikau: Na to pytanie łatwiej byłoby mi odpowiedzieć przed lutym [2022 roku]. Atak Rosji na Ukrainę nauczył nas, że wszelkie sowieckie narracje historyczne służyły ideologicznemu uzasadnieniu agresji. Dziś podobne narracje wciąż rozbrzmiewają ze scen białoruskich teatrów.

Sformułowanie twórczej wypowiedzi o wojnie, bez przekraczania pewnych granic, nie jest łatwe. Na przykład Chatyńska opowieść Alesia Adamowicza sama w sobie jest dziełem wartościowym, ale pamiętajmy, że tekst ten powstał w apogeum wojny w Wietnamie. Autor przeprowadza bezpośrednie paralele między paleniem wsi przez faszystów w Białorusi i  Amerykanów w Wietnamie. Być może wtedy była w tym nawet jakaś prawda czasu, ale dziś jest oczywiste, że Adamowicz zastosował ten zabieg by zmylić cenzurę, która mogła go oskarżyć o deheroizowanie wojny. Dzięki temu, że Chatyńska opowieść1 nazywa amerykańskie wojska faszystami lat siedemdziesiątych, tekst przeszedł przez cenzurę.

Używanie etykiety faszysty to typowy chwyt propagandowy. Niestety, dziś nawet najsłynniejsze białoruskie sztuki o wojnie (Szeregowi Dudarewa, Trybunał Makajonka), same w sobie ciekawe teksty literackie, łatwo uwikłać w niejednoznaczną narrację. Niedawno w Ukrainie na indeksie znalazło się opowiadanie Wasila Bykaua Ballada alpejska i chociaż traktuję ten gest, oczywiście, za niezbyt przyjemny – być może nasi ukraińscy sąsiedzi zbytnio się pośpieszyli – to tendencja do krytycznego spojrzenia na tego rodzaju wojenne teksty jest uzasadniona.

Każda wypowiedź artystyczna o wojnie jest dziś podejrzana. Nie chodzi o to, że należy wypowiadać się wprost, w tonie antywojennym – ale o włączenie myślenia krytycznego. O rozłożenie wojny na czynniki pierwsze i przyglądanie się im z pytaniem: „Czy to naprawdę było konieczne?”. Niestety, takich spektakli i dramatów jest niewiele.

Czy widział Pan kiedyś w Białorusi spektakl, który odpowiadałby Pana kryteriom?

Na przykład w Mińsku odbyły się dwie inscenizacje sztuki Nikołaja Rudkowskiego Dożyć do premiery – w Republikańskim Teatrze Białoruskiej Dramaturgii oraz w Nowym Teatrze Dramatycznym. Rudkowski zastosował następujący chwyt: aktorka przygotowuje spektakl o wojnie i zadaje pytanie: „Jak to można zrobić, jak najlepiej pokazać to na scenie?”. Szuka, próbuje, dochodząc miejscami do absurdu, i w ten sposób jej pytanie trafia do widzów. Chciałbym też wskazać inscenizację opartą na książce Zmiciera Bartosika I miał pan wróbelka, który mówił, gdzie pojawia się idea, że antagonizmy typu „sowiecki – niemiecki” nie są aż tak istotne. Są po prostu ludzie uzbrojeni i nieuzbrojeni.

Takie postawienie sprawy dziś, kiedy wszyscy wyzywają się od faszystów, jest bardzo aktualne. Ostatecznie głównymi ofiarami zawsze są cywile, którzy nie mają zbyt wielu argumentów przeciwko przemocy. Zbrodnie wojenne popełniane są wszędzie. Ci, którzy jednoznacznie opowiadają się po którejś ze stron, zmuszeni są te zbrodnie usprawiedliwiać – czy to okropieństwa Buczy, czy przestrzelone kolana rosyjskich jeńców. Wydaje mi się, że popieranie jednej ze stron konfliktu winno mieć pewną granicę, której nie wolno przekraczać. Ale to trudne.

Niedawno wraz z moim zespołem zrobiliśmy spektakl na podstawie sztuki opisującej abstrakcyjną wojnę między miastami Cesarstwa Rzymskiego. Celem nie było pokazanie, które z tych miast ma rację, a które nie. Podczas działań wojennych każdy żołnierz z zasady jest zniewolony. Najtrudniejsze dla człowieka na wojnie jest to, by nie stać się robotem działającym wyłącznie według zasad regulaminu. Kiedy dowódca każe strzelać do cywila, a żołnierz się temu rozkazowi podporządkowuje, w tym momencie przestaje być człowiekiem.

Wystawiliście ten spektakl w Mińsku?

Tak. Wymyśliliśmy taki chwyt: reżyser wrzeszczy na aktorów, którzy stoją na scenie, że wszystko robią źle. Pozostając pod ciągłą presją, artyści muszą zdobyć się na to, by przestać wykonywać rozkazy. Celem spektaklu było nauczenie się bycia wolnym.

Pokazaliśmy ten spektakl na razie tylko raz, w jednym z mińskich mieszkań, 9 maja. Widzowie, którzy przyszli na pokaz w dwuznacznej atmosferze święta 9 maja, dziękowali, że mogli spędzić ten dzień poddając temat wojny krytycznej refleksji. Nie uciekając, nie chowając się, ale myśląc o niej2.

Wydaje mi się, że dziś najważniejszą misją niezależnego teatru podziemnego jest tworzenie przestrzeni wolnej od ideologicznych, propagandowych narracji, którym nieustannie podlegamy. Dlatego moim celem jest zbudowanie bezpiecznego miejsca do refleksji, gdzie ludzie mogą znaleźć się wśród podobnych sobie – zdezorientowanych, zmęczonych – żeby wspólnie pomyśleć o czymś ważnym i spróbować się na ten temat wypowiedzieć.

Jaka atmosfera panuje dziś na spektaklach w oficjalnych białoruskich teatrach?

Moi koledzy, którzy nadal tam pracują, podkreślają, że zostali na tych scenach dla swojej publiczności, dla ludzi, którzy do tych teatrów wciąż przychodzą. Rzeczywiście, widziałem, jak na jednym ze spektakli aktorzy wychodzili do ukłonów – i bili brawo publiczności. Dla wszystkich było jasne, że i ludzie na scenie, i ci na widowni, myślą tak samo. Chwile, kiedy udaje się osiągnąć takie porozumienie, są niezwykle cenne. Właściwie po to potrzebny jest teatr. Ale dziś takie sytuacje są rzadkością.

Wielu mówi, że ludzie rzucają się na sztukę, żeby uciec przed rzeczywistością. Widzimy, co się dzieje za oknem, zasłaniamy firanki, włączamy serialik i abstrahujemy. Ktoś ogląda seriale, ktoś idzie do opery, choć wie, że zwalniano tam ludzi za poglądy, a ktoś inny przychodzi na spektakle Teatru im. Gorkiego albo obecnego Teatru im. Kupały. Nie rozumiem natomiast tych, którzy przychodzą do Teatru Rosyjskiego, wiedząc, że zwolniono stamtąd Aleksandra Żdanowicza3. Ale też stwierdzenie, że wszyscy ci ludzie całkowicie ignorują to, co dzieje się w kraju i za granicą, byłoby przesadą.

Wiele osób mówi, że „trzeba jakoś dalej żyć” i jest w tym pewnie ziarno prawdy. Osobiście jednak we współczesnych, oficjalnych teatrach Mińska nie potrafię wyczuć tej szczególnej atmosfery, która pozwala całkowicie oddać się widowisku. Panuje wewnętrzne poczucie hipokryzji, że wszystko, co się tam dzieje, jest nieprawdziwe, że sami artyści nie uznają za istotne tego, o czym dziś mówią ze sceny. Jeden z głównych prorządowych przekazów głosi, że wszystko się u nas ułożyło, że wracamy do normalnego życia. A teatr jest istotnym elementem tego „normalnego życia”.

Ta ostentacja „normalności” w czasie, gdy mamy około dwóch tysięcy więźniów politycznych, jest głupia i zbrodnicza, a artyści oficjalnych teatrów, którzy w niej uczestniczą, w istocie zajmują się propagandą – być może sami sobie tego nie uświadamiając.

Jak w ostatnich latach zmieniła się publiczność oficjalnych białoruskich teatrów?

Moim zdaniem widzów po prostu znacznie ubyło. Jeśli myśleć racjonalnie, jest mało prawdopodobne, by powód był wyłącznie ideologiczny. Najpewniej zarówno czynnik ekonomiczny, jak i skutki pandemii COVID-19 wpłynęły na to, że ludzie rzadziej chodzą do teatru. Wolę jednak myśleć, że wielu Białorusinów świadomie bojkotuje oficjalne teatry. A co do tych, którzy mimo wszystko tam chodzą… Wie Pani, teatr to wciąż pewien nawyk kulturalnego spędzania wolnego czasu, z którego nie tak łatwo zrezygnować.

Jednocześnie publiczność Wolnych Kupałowców znacząco się powiększyła.

Zdecydowanie. Uważam, że publiczny gest oporu Kupałowców to najważniejsze wydarzenie teatralne nie tylko ostatnich lat, ale całej historii białoruskiego teatru. Po sierpniu 2020 roku wielu Białorusinów, którzy mieli poglądy demokratyczne, ale z jakichś powodów ich nie wyrażali publicznie, w końcu otwarcie się zadeklarowało. Nie mam wątpliwości, że spektakle, które będą mówić o wydarzeniach 2020 roku wprost i poruszać ostre tematy polityczne, znajdą najżywszy odzew u publiczności, która wcześniej nie przychodziła do teatru.

Społeczeństwo mocno się zmieniło. Wcześniej aktywną postawę polityczną deklarowało 10–15% Białorusinów, a dla pozostałych 85–90% udział w życiu politycznym kraju ograniczał się do rytuału chodzenia do lokali wyborczych. Teraz jest inaczej – polityka w najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa wkroczyła nawet w nasze sąsiedzkie relacje. Podczas zwykłych, podwórkowych rozmów omawiane są najważniejsze kwestie.

Myślę, że przywrócenie społeczeństwu aktywnego życia kulturalnego będzie bardzo łatwe. Dziś powstrzymuje ten nurt tylko przemoc: zwolnienia z pracy za poglądy, aresztowania i procesy. Oczywiście, istnieje ryzyko, że to potrwa jeszcze długo, że ostatecznie stoczymy się w stalinizm albo popadniemy w stagnację. Ale są też obiektywne powody, by w to wątpić. Najważniejsze, że obudził się apetyt na inny teatr – teatr prawdziwego życia, który odpowiada na aktualne pytania. Kiedyś w Niemczech obejrzałem superawangardową inscenizację – z nagimi ludźmi, sceną zalaną wodą i piaskiem… Mnie, zorientowanemu widzowi, wydała się dość trudna w odbiorze. Ale obok siedzieli zwykli niemieccy emeryci, przysłowiowe „teatralne babcie”, zachwyceni tym, co działo się na scenie. Spektakl mówił o wydarzeniach dziejących się w ich rodzinnym mieście, których bezpośrednio doświadczyli, a niektórzy przez nie ucierpieli, i miejscowy teatr starał się to wszystko przepracować. Jestem przekonany, że taki teatr w Białorusi byłby bardzo potrzebny.

Potwierdzają to także spektakle, które pokazujemy w mieszkaniach. Latem 2021 roku zrobiliśmy spektakl o egzekucjach WCzK4 z czasów wojny domowej. Społeczeństwo białoruskie jest niewątpliwie poranione przemocą milicyjną, z trudem przyjmuje refleksję na ten temat, ale wypracowaliśmy specyficzne podejście – podawaliśmy surowy tekst z maksymalnym dystansem, lekko. I to działało. Ludzie patrzyli na dawno minione wydarzenia i rozumieli, że dzisiejsze doświadczenia przeminą i kiedyś będziemy o nich mówić w czasie przeszłym. Widziałem współczesny białoruski spektakl, w którym stawiano pytanie o rodziny funkcjonariuszy AMAP5 Jak oni rozmawiają ze sobą, jak myślą? Odzew wśród widowni w prywatnym mieszkaniu był bardzo żywy6.

Ten spektakl, oczywiście, też był dla „swoich”?

Tak, pokazywano go nawet poza Mińskiem. Na takich przedstawieniach panuje atmosfera konspiracji, podziemia. Ludzie przychodzą na spektakle z ostrożnością, niektórzy w ostatniej chwili rezygnują, na przykład dlatego, że ktoś wkrótce wyjeżdża za granicę i nie chce ryzykować… Sytuacja jest całkowicie zrozumiała, nic nowego. Na spektaklach „Wolnego Teatru”7 nierzadko dochodziło do nalotów milicyjnych. Dziś format teatru podziemnego to w zasadzie jedyny sposób, by artyści zachowali podmiotowość.

To oczywiste, że pokazy podziemne nie mogą być masowe, ale każdy artysta dokonuje osobistego wyboru: albo grać dla oficjalnie zorganizowanej, masowej publiczności, albo występować przed 20–30 osobami, ale mówić od siebie. Chciałbym teraz powiedzieć coś ważnego: takie „domówki” nie są wcale trudne do zorganizowania. Oczywiście, wiążą się z ryzykiem, wszyscy dobrze pamiętamy naloty na koncerty podwórkowe jesienią 2020 roku. A jednak wydaje mi się, że wszechmoc białoruskich organów ścigania jest mocno przeceniana. Masy nie da się utrzymać pod kontrolą. Nastraszyć – tak, kontrolować – nie.

Szczerze? Boję się tego, co robimy. Nie chcę siedzieć w więzieniu, ale poddać się strachowi – znaczy przegrać.

Nadal robię to, co chcę, mam swobodę wyboru tworzywa i języka artystycznego i choć ta wolność jest ograniczona, dla mnie jest prawdziwa i bardzo cenna.

Czy pokazy w mieszkaniach mają charakter komercyjny, aktorzy zarabiają?

Z tego nie da się utrzymać. Pokaz komercyjny wymaga reklamy, wyjścia z podziemia, a to jest, oczywiście, niemożliwe. Jasne, że widzowie mogą zostawiać datki, ale to zdecydowanie za mało.

Czyli dwadzieścia osiem oficjalnych białoruskich teatrów to tylko wierzchołek góry lodowej życia teatralnego?

Zawsze były tym wierzchołkiem. Wyobraźcie sobie: w Mińsku samych teatrów narodowych (tytuł „teatru narodowego” mogą otrzymać te, które brały udział w festiwalach i zdobyły na nich jakieś nagrody), czyli mniej więcej stałych zespołów, jest około stu. Na przykład bardzo spodobał mi się teatr szkolny jednego z mińskich gimnazjów. Po wydarzeniach 2020 roku nauczycielka, która nim kierowała, odeszła, ale niedawno dowiedziałem się, że w nowym miejscu pracy, w prywatnej szkole, też zorganizowała teatr. Czyli energia twórcza jakoś się zachowuje – to bardzo fajne. Teatrem zajmują się dziś ci, którzy nie mogą bez niego żyć.

Rozmawiałem z tą nauczycielką. Mówi, że od pedagogów i nawet od zastępcy dyrektora otrzymuje wsparcie, ale już dyrektor szkoły ma obawy, bo podlega bezpośrednio władzy. Tak samo jest w teatrach. Aktorzy mogą myśleć swoje, reżyserzy też, ale mają nad sobą dyrektora, a na poziomie kierownictwa organy państwowe starają się wszystko kontrolować, mają przygotowane narzędzia nacisku na nieposłusznych, nielojalnych pracowników.

Jak Pan przyjął nominacje na stanowiska dyrektorskie takich osób jak żona Uładzimira Makieja, Wiera Polakowa, która od kwietnia kieruje Teatrem Młodego Widza?

Jestem zdziwiony, że wielu menedżerów teatralnych zachowało stanowiska i nie musieli publicznie, powiedzmy, całować białoruskiego herbu. Wydaje się, że tylko Eduard Gerasimovich powiedział coś nieprzyjaznego pod adresem uczestników białoruskich protestów – Bóg go osądzi. Ale generalnie dyrektorów zawsze dobierano według zasady: „jeśli potrafi kierować piekarnią, to i teatrem pokieruje”. Wśród dyrektorów ludzie oddani sztuce teatralnej to wyjątek. W tym sensie sytuacja niewiele się zmieniła.

Dziś we wspomnianym Teatrze Młodego Widza spektakle według utworów Wasila Bykaua wystawia się po rosyjsku, uzasadniając to względami komercyjnymi.

Kiedy miński Teatr Młodego Widza wystawia spektakle po rosyjsku, traci bardzo istotny składnik swojej tożsamości. Jedyny na świecie teatr dziecięcy grający wyłącznie po białorusku – to byłaby wartość. Jeśli ktoś sądzi, że spektakle w języku rosyjskim zyskają popularność... Nie, nie zyskają. Ci widzowie, którzy nie chodzili na Bykaua po białorusku, nie pójdą i teraz. Granie Bykaua po rosyjsku uważam za bluźnierstwo – nowe kierownictwo teatru nic w ten sposób nie osiągnie.

Pozycja języka białoruskiego wzrosła obecnie tak, jak nigdy za mojej pamięci. Trzeba z tego korzystać. Robią to, dość aktywnie, na przykład reklamodawcy. Teraz, jak rozumiem, będą to robić mniej chętnie, język białoruski już zawsze będzie kojarzony z antypaństwową opozycją. Człowiek mówiący po białorusku zawsze będzie dla władzy podejrzany.

Język to nasza narodowa forma kontrkultury.

Czy to znaczy, że aprobuje Pan chodzenie na spektakle RTBD8?

Nie tylko. Także do Teatru Lalek. Zresztą w każdym z oficjalnych teatrów, nawet w tym, który teraz tylko z nazwy jest Narodowym Akademickim Teatrem im. Janki Kupały, jakaś grupa artystów i reżyserów może stworzyć wartościowe dzieło. Taki spektakl może nawet zyskać akceptację oficjalnej rady artystycznej. Problem w tym, że i tak nie ma możliwości mówić w sposób otwarty. Artyści oficjalnych teatrów nie mogą liczyć na to, że ich publiczność w pełni zrozumie przekaz między wierszami. Uważam, że chodzenie do takich teatrów nie tyle jest szkodliwe, co po prostu bezsensowne.

Z drugiej strony mogę od razu sam ze sobą polemizować, bo przecież sztuka to terytorium wolności. Artysta nie może nie dążyć do prawdy. Weźmy na przykład nową Paulinkę9 w Teatrze im. Janki Kupały. Scena, w której Paulinka mówi do ojca, że chce być z Jakimem, a ojciec zdejmuje pas i krzyczy: „Nigdy więcej jego imię nie padnie w moim domu!”. Można wystawić według Paulinki ideologicznie poprawny spektakl, ale Kupała już sto lat temu zawarł w swoim dramacie konflikt między archaicznym, patriarchalnym światem a modernizmem, wolnością, młodością. Artysta, który gra rolę ojca w budynku Teatru Kupałowskiego gra źle, bo musi jakoś usprawiedliwić swojego bohatera. Ihor Sigov w wersji Wolnych Kupałowców tę samą rolę gra znakomicie, oddając tragedię ojca, który stracił kontakt z własnymi dziećmi i ma tego świadomość. A w oficjalnym, „niekupałowskim” teatrze artysta wpada w histerię – wyglądało to po prostu okropnie. Aktor, jak sądzę, sam czuje, że kłamie.

Krótko mówiąc, nie jestem przeciwko istnieniu tych oficjalnych teatrów. Niech wychodzą na scenę, niech się kompromitują. W tych teatrach sztuki wysokiej dziś nie znajdziecie. Znajdziecie sztukę kompromisu.

Czy w teatrach poza Mińskiem jest dziś jakieś życie? Czy raczej ugrzęzły w starych formach i prowincjonalizmie?

Nie uważam prowincjonalnego, białoruskiego teatru za archaiczny. Zawsze działy się tam ciekawe rzeczy. I w Witebsku, i w Słonimiu, i w Mozyrzu mieszkają ludzie, którzy na scenie oczekują prawdy życia. Oczywiście ci, którzy pracują w tych teatrach, chcą zachować pracę a przy tym mieć prawo zabrać głos. Przed wszystkimi staje dylemat: „nie możesz zostać – nie możesz wyjechać”. Każdy ma rodzinę, którą trzeba utrzymać. Będzie wspaniale, jeśli po obejrzeniu spektaklu w którymkolwiek z białoruskich teatrów będę mógł powiedzieć, że artyści naprawdę zrobili coś istotnego, że w jakiś sposób przezwyciężyli samych siebie. Ale i wcześniej zdarzało się to rzadko, a teraz to już akt bohaterstwa. Wiem, że moi koledzy reżyserzy, którzy zatrudniają się w białoruskich teatrach, przechodzą przez ogromne upokorzenia, wypełniają poniżające kwestionariusze… Dobrze, jeśli potrafią wytrzymać presję i zachować twórczy zapał. Ale wydaje mi się, że to niemal niemożliwe. Mówię o tym z wielkim współczuciem.

Repertuary teatrów prowincjonalnych zapełniają dziś głównie drugorzędne komedie. Wydaje się, że aktorzy, którzy w nich grają, robią to bez przyjemności. Czy rzeczywiście takiego teatru oczekuje publiczność?

Żyjemy w systemie nakazowo-administracyjnym, teatry wypełnia zorganizowana widownia. To najprostszy sposób – dogadać się z jakimś zakładem pracy, sprzedać bilety ze zniżką i w ten sposób zapełnić salę. Wykonać dobrą robotę teatralną i znaleźć widza jest o wiele trudniej. Zorganizowana publiczność pójdzie na wszystko. Więc oczywiście można zrobić dowolnie zły spektakl – i tak się sprzeda. Jakość, profesjonalizm mają dziś niewielki wpływ na sprzedaż, bo w istocie państwo ma monopol na teatr, a widz nie głosuje swoimi pieniędzmi. Artyści wiedzą, że w takich warunkach mogą pracować byle jak, utrzymując etat. W efekcie tracą warsztat, a kiedy pojawia się naprawdę dobry reżyser, trudno im osiągnąć wyższy poziom.

Przekonanie, że w Białorusi komedie cieszą się szczególnym powodzeniem, to mit leniwych dyrektorów, którzy ukrywają swoją niekompetencję wymyślonymi statystykami. Świetnie sprzedają się przecież także trudne spektakle dyrektora Yauhena Karniaha.

Co ma robić młody Białorusin, który wkrótce skończy szkołę i marzy o aktorstwie?

To bardzo trudne pytanie. Wstrząsnął mną fakt, że rosyjski GITIS – legendarna uczelnia, do której wstąpienie dla młodych ludzi, pragnących związać życie z teatrem, było celem numer jeden – zorganizował w swoich murach wykład, czy może też wystawę, „faszystowskiej” literatury, antyukraińską, propagandową. Po prostu nie rozumiem, jak można tam teraz studiować. Zapewne w GITIS-ie nadal są świetni pedagodzy, ale mimo wszystko – nie. Zdecydowanie nie. Jeśli chodzi o białoruskie uczelnie – jakoś tam i czegoś uczono, ale… Wie Pani, człowiekowi utalentowanemu takie wykształcenie nie jest potrzebne, a nieutalentowanemu nie pomoże. Inna sprawa, że bez dyplomu dość trudno dostać się do oficjalnych teatrów, ale dziś nie widzę powodu, by się tam zatrudniać. Jeśli można starać się o wyjazd na zagraniczne stypendium – oczywiście trzeba próbować. Jeśli nie – lepiej pracować w teatrach dla dzieci albo szukać niezależnych projektów. Myślę, w trudnym czasie, w którym żyjemy, to zupełnie normalna droga wchodzenia do teatru.

I, oczywiście, trzeba szukać mistrza, którego spektakle się lubi. Bardzo żal mi młodych, którzy muszą iść do białoruskich albo rosyjskich uczelni. Trudno sobie wyobrazić gorsze czasy...

Czy białoruska kultura przeżywa dziś okres upadku, czy jest to jej specyficzny rozkwit?

W żadnym wypadku nie można tego nazwać rozkwitem. Białoruska kultura jest niszczona. Ale nasz czas jest niezwykle bogaty w emocje i przeżycia, a kultura to to, co dzieje się w duszy. Jestem pewien, że nie ma dziś w przyrodzie ani jednego Białorusina, przed którym nie stanąłby trudny wybór. To wszystko mocno ma wpływ na nasz stan duchowy. Ten ładunek na pewno zasili kulturę – pytanie, kiedy i czym?

Staram się patrzeć optymistycznie, nie chcę wyjeżdżać z Białorusi. Czuję, że tu jest mój widz i artyści, którzy mnie potrzebują. Żyć w spokojnym, cichym kraju, w którym nikt ciebie nie potrzebuje, gdzie odgrywasz jakieś role, a ludzie nie rozumieją, o czym mówisz – to nie jest wyjście.

przekł. Lesia-Stefania Michalevic

Przypisy:

  • 1 Chatyń – białoruska wieś w obwodzie mińskim, spacyfikowana przez Niemców w 1943 roku, w latach sześćdziesiątych XX w. zmieniona w miejsce pamięci jako symbol narodowej martyrologii. Prawdopodobnie był to wybór nieprzypadkowy, poprzez skojarzenie z Katyniem służył propagandowej manipulacji [przypisy – red. „Raptularza”].

    2 9 maja w ZSRR i krajach bloku sowieckiego, i nadal w Białorusi i Federacji Rosyjskiej jest dniem uroczystych, państwowych obchodów Dnia Zwycięstwa.

    3 Aliaksandr Żdanowicz, znany i ceniony w Białorusi aktor teatralny, filmowy i telewizyjny, od 2020 roku na emigracji.

    4 WCzK – Wszechrosyjska Komisja Nadzwyczajna do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem (ros. Всероссийская чрезвычайная комиссия по борьбе с контрреволюцией и саботажем), tajna policja w Rosji Radzieckiej w latach 1917–1922, zwana potocznie Czeka (Czeriezwyczajka).

    5 АМАП (biał. Атрад міліцыі асобага прызначэння,) policyjne jednostki specjalne wykorzystywane m.in. do brutalnego tłumienia demonstracji.

    6 Zob. Relacja Aliaksieja Strelnikaua o teatralnym podziemiu Mińska, opublikowana (pod pseudonimem) na e-teatr.pl w cyklu „Listy z Białorusi”, e-teatr.pl

    7 Niezależny białoruski teatr założony w Mińsku w 2005, grający spektakle w prywatnych mieszkaniach, obecnie na emigracji. 

    8 Republikański Teatr Białoruskiej Dramaturgii w Mińsku – państwowy teatr dramatyczny wystawiający współczesną dramaturgię.

    9 Kanoniczny dla białoruskiego teatru dramat Janki Kupały. O „reżimowej” premierze Paulinki w roku 2021, po stłumieniu protestu zespołu, i o emigracyjnej wersji dramatu w wykonaniu Wolnych Kupałowców, zob.: Anna Sergijuk, Teatr Kupałowski: nie wolno się poddać – nie można przetrwać, „Listy z Białorusi” https://e-teatr.pl/teatr-kupalowski-nie-wolno-sie-poddac-nie-mozna-przetrwac-17335. 

Pierwodruk: „Новы Час”, 18 grudnia 2022, https://novychas.online/asoba/aposznjae-interv-ju-aljakseja-strelnikava

119/120

Białoruś. Teatr na wygnaniu

Czytaj również:

  • Spadkobiercy zatopionej Atlantydy
    07.08.2026
  • Miejsca, na których zostały ślady. Dramaturgia białoruskiego doświadczenia
    07.08.2026
  • Współczesny dramat białoruski w Polsce
    07.08.2026
  • Tutejsi nietutejsi
    07.08.2026
  • Aliaksiej Strelnikau
    07.08.2026
  • Aktor na emigracji
    07.08.2026
  • Oznaczeni na żółto
    07.08.2026
  • 28 teatrów i 35 więzień
    z Iriną Lappo rozmawia Jarosław Cymerman
Raptularz

ISSN 2956-8609

Wydawca

Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
ul. Jazdów 1
00-467 Warszawa

www.instytut-teatralny.pl

Redakcja

kolegium w składzie:
Grzegorz Kondrasiuk, Małgorzata Piekutowa,
Michał Smolis, Maryla Zielińska (do 31.12.2024)

raptularz@instytut-teatralny.org

współpracują:
Michał Januszaniec, Dorota Kołodziejczyk,
Alicja Borowiec