ISSN 2956-8609
Pani Zapolska nie zmarnowała życia. Tytuł tego artykułu z XIX wieku przypomniał mi się podczas spektaklu Moralność pani Dulskiej w Teatrze Narodowym w Warszawie (reż. Anna Augustynowicz, premiera 20 czerwca 2026, scena przy Wierzbowej).
Rzeczywiście, jej posłannictwo – walka z polskim kołtuństwem i hipokryzją – odniosło taki sukces, że zabiło jej najlepszą sztukę, czyli Moralność pani Dulskiej. Dzisiejsza widownia jest już całkowicie sformatowana według modelu, który próbowała mu zaszczepić Zapolska. W opisie spektaklu Teatru Narodowego czytamy, że sztuka jest dziś aktualna tak samo w luksusowych loftach, jak była w czasach Zapolskiej w kamienicach czynszowych. Ale czy rzeczywiście? Czy nic się nie zmieniło w mentalności Polaków przez ten ponad wiek od powstania Moralności Pani Dulskiej?
Wszystkie patologie ze sztuki Zapolskiej są nadal obecne – ludzie są tylko ludźmi, ulegają namiętnościom, emocjom, fałszywym wartościom. Ale czy na pewno stosunek do przywar piętnowanych przez Zapolską się nie zmienił? Czy teraz, zamiast kultu fałszywej moralności pani Dulskiej, nie mamy równie silnego kultu potępienia tych „mieszczańskich przesądów”?
Publiczność w Teatrze Narodowym śmiała się z przywar Dulskiej – ale nie był to śmiech „publiczności zwymyślanej”, tylko ludzi o innych wartościach niż ci ukazywani na scenie, choć może o tych samych wadach. Publiczność jest po stronie Hanki, przeciwko fałszywej moralności i hipokryzji Dulskiej, bierności Dulskiego, postępowaniu Zbyszka i manipulacjom Julasiewiczowej. Pocałunek Dulskiej i Lokatorki nikogo nie bulwersował i nie zaskakiwał, każdy widz przeczuwał, że taka scena się pojawi i pojawić się musi, bo WIADOMO, że Dulska jest tak naprawdę ofiarą i gdyby tylko przeszła dobrą terapię to może by zdołała „pokochać siebie”, „przekroczyć swoje ograniczenia”, „otworzyć się”, a nawet zakochać w drugiej kobiecie.
To samo dotyczy Ich czworo – kolejnej najczęściej granej sztuki Zapolskiej, która miała ostatnio premierę w Teatrze Komedia (reż. Marek Kalita, premiera 16 maja 2026). Znowu, stosunek publiczności do ukazanej tu sytuacji trójkąta małżeńskiego jest ukształtowany całym wiekiem pedagogiki społecznej. W wyniku działań dorosłych najbardziej cierpi dziecko – kiedyś autorka musiała to podkreślać w tekstach towarzyszących sztuce, dziś to oczywistość dla KAŻDEGO widza. Zapolska określiła swoją sztukę jako historię o ludziach głupich – jej bohaterka jest wyjątkowo zakłamaną, a dodatkowo pustą i próżną kobietą. Prawdopodobnie żadna z kobiet na widowni nie utożsamia się z takim modelem.
To, co w końcówce XIX wieku bezlitośnie obnażało wady zakłamanego mieszczaństwa, pełniąc funkcję ówczesnej sztuki krytycznej, w pierwszej połowie XXI wieku na scenie może być już tylko komedią, sytuacji i charakterów, których komizm albo jest słowny, albo polega na przerysowaniu – jak w serialu Świat według Kiepskich. Czy to znaczy, że dramaturgia Zapolskiej skończyła się razem ze zmianą mentalności społeczeństwa? Niekoniecznie, bo jeśli nie będziemy traktowali jej dramatów jako bicza na mieszczaństwo, to zostanie sama materia dramaturgiczna. Nowoczesne badania humanistyczne wskazują, że nie zdezaktualizowała się ona tak, jak ich wymowa społeczna.
Jaki jest teraz odbiór mieszczańskich historii opowiadanych przez Zapolską? Nie tylko nie przeglądamy się już w jej bohaterach, by ich potępić i wydać ich przywarom bezwzględną walkę, ale nawet – jak pisze Przemysław Pawlak w programie spektaklu w Teatrze Narodowym – zaczynamy interpretować zachowania Dulskiej jako typowe i zrozumiałe w trudzie życia codziennego. Psychologia, która – podobno od słynnego wywiadu księżnej Diany dla BBC – stała się językiem gospodyń domowych, również stała się tych gospodyń, czyli nas wszystkich, mentalnością. Dzięki niej wszystko potrafimy wytłumaczyć i zrozumieć: ludzkie wady są automatycznie łączone ze swoimi przyczynami, ich groza to ich źródła, nosiciele są ofiarami, wolimy zrozumieć niż potępiać. Nawet śmianie się z Dulskiej jest już trochę niekomfortowe w świetle trzeciej fali feminizmu, gdzie prawa kobiet rozmywają się w szeroko pojętych prawach jednostki. Fedyckiego, kochanka z Ich czworo – czarusia i oszusta – zapewne dziś oceniamy jednoznacznie jako popularną obecnie figurę „narcyza” i ukrytego przemocowca uprawiającego tzw. gaslighting w stosunku do Wdowy, której wmawia nieprawdę o ich przyszłym ślubie. Gaslighting, zwany dawniej „robieniem wody z mózgu”, jest obecnie jednym z najbardziej modnych zarzutów, stawianych przez kobiety byłym partnerom. Męska część społeczności uznała go też podobno za własną winę, co okazało się, gdy panowie masowo przepraszali kobiety po wyjściu z kina po filmie Smarzowskiego Dom dobry. Świadomość mechanizmów opresji jest w społeczeństwie, zwłaszcza jego żeńskiej części, tak dogłębnie zintegrowana, że to widzowie mogliby uczyć Zapolską, a nie Zapolska widzów.
Rozpoznawane przez wszystkich mechanizmy opresji wyjaśnia pojęcie, które wprowadził, niezmiennie od lat popularny w przypisach naukowych, Michel Foucault. W słynnej książce Nadzorować i karać1 Foucault proponuje nową koncepcję władzy. Dawniej istniała tylko władza króla utożsamianego z państwem, z jego dobrem – dla niego prawo było tworzone, jemu podporządkowane i przez niego egzekwowane. Skuteczności tego prawa służył tzw. blask kaźni – obraz prawa, o istnieniu którego każdy poddany mógł się naocznie przekonać albo nawet poczuć na własnej skórze. Prawo było egzekwowane na ciele i publicznie. Wszystko proste i widoczne – justice is served.
Postęp cywilizacyjny blask kaźni zlikwidował, skończyła się też scentralizowana władza królewska, a rolę suwerena zajęło społeczeństwo, wyborcy. Zmieniła się technologia władzy: przede wszystkim nie widzimy wymierzania sprawiedliwości, nie wiemy też, jak kara została wymierzona, gdzie, kiedy i nawet czy winny rzeczywiście tę karę otrzymał i kto ją w naszym (?) imieniu wymierzył. Ale przecież jakaś władza istnieje, ktoś w jej imieniu społeczeństwem zarządza. Foucault tę inną koncepcję władzy nazwał władzą dyscyplinarną. Ta władza „prowokuje, zachęca, wywołuje, uwodzi, ułatwia lub utrudnia, w skrajnych wypadkach wymusza lub bezwzględnie zakazuje – zawsze jednak pozostaje sposobem oddziaływania na inny podmiot działający”2.
W tym miejscu przypomnijmy sobie Moralność pani Dulskiej albo Ich czworo, ale właśnie w kontekście władzy dyscyplinarnej, realizującej się w więzieniu idealnym, opisanym przez Foucaulta, stworzonym według projektu angielskiego filozofa Jeremy’ego Benthama – czyli w Panoptykonie.
Pantoptykon to struktura architektoniczna, pomieszczenie dla więźnia, w którym jest on widoczny ze wszystkich stron, ale sam nie widzi strażnika i nawet nie wie, czy rzeczywiście jest obserwowany. Gdy patrzymy na dom Dulskich, to widzimy właśnie taki Panoptykon, ale taki, w którym obecnie żyjemy, z wszechobecnymi kamerami i mediami społecznościowymi narzucającymi wzorce i wymuszającymi zajmowanie stanowiska w nawet najbardziej odległych nam sporach. Foucault zresztą nie ukrywa, że ta struktura nie służy tylko performowaniu władzy państwowej, ale też tej codziennej, rodzinnej czy zawodowej: „[Panoptykon] Może być rozumiany jako zawsze możliwy do uogólnienia wzorzec postępowania, jako sposób określenia związków władzy z codziennym życiem ludzi”3.
Nagle się okazuje, że sztuki Zapolskiej nie mówią wcale o strasznych mieszczanach ze Lwowa, że nośnikami głównego przesłania Moralności nie jest krytyka despotycznej pani Dulskiej ani głupiej i nikczemnej Żony i jej kochanka z Ich czworo. Literalnie KAŻDA postać ma swoją rolę do zagrania w spektaklu władzy. W dramaturgii XX wieku opisał ten mechanizm, już bez żadnych zasłon, Jean Genet w Pokojówkach. Jego działanie tak analizował Gilles Deleuze: „Władza nie ma istoty, jest operacyjna. Nie jest atrybutem, lecz stosunkiem: relacja władzy jest zbiorem stosunków sił, które obejmuje zarówno siły władające, jak i siły władne”. I dalej: władza to „niezliczone punkty konfrontacji, ogniska niestabilności, każde zawiera ryzyko konfliktu, walki, przejściowego przynajmniej odwrócenia relacji sił”, dlatego spójrzmy „jakimi środkami jest sprawowana?” i „co się dzieje, gdy jednostki wywierają władzę na inne jednostki?” ponieważ „trzeba patrzeć, jak funkcjonuje władza na poziomie mikropraktyk”4. Bardzo wyrazista jest ta gra w Ich czworo, gdzie możemy określić sposób sprawowania władzy. Nie tylko przez Żonę, uruchamiającą dźwignię dramaturgiczną, ale również przez pozornie biernego Męża, w oczywisty sposób posługującą się mechanizmami władzy krawcową Manię czy poczciwą Wdowę, a nawet przez to biedne, skrzywdzone dziecko.
Czy to wszystko oznacza, że społeczeństwo przechytrzyło system i przejęło nie tylko kłopotliwe obowiązki, których wcześniej nie sprawowało – jak obsługiwanie kasy w supermarkecie, prowadzenie konta bankowego czy nalewanie benzyny – ale też przywilej sprawowania władzy i to bez wcześniejszych wyborów? Niestety nie. Jak błyskotliwe pisze prawnik Krzysztof Śledziński:
Problem polega [...] z jednej strony na tym, że władza suwerenna nie ma już tak dużego wpływu jak kiedyś, bo znacznie bardziej ukryte mechanizmy władzy dyscyplinarnej zajęły jej miejsce, zaś prawo nie chroni jednostki przed ich – znacznie bardziej złowrogim i dalekosiężnym – oddziaływaniem. Z drugiej strony prawo, zapewniając rozliczne uprawnienia, deklaruje swoją antywładczość, tzn. powszechnie twierdzi się, że prawa przyznawane jednostce przez państwo mają za zadanie chronić ją przez zakusami władzy. Nie zwraca się uwagi, że uprawnienia te to nic innego, jak efekt działania władzy, tzn. nie tylko w tym sensie, że zostały przez władzę przyznane, ale przede wszystkim z tego względu, że główną ich funkcją jest nie ochrona jednostki przed władzą, lecz tej władzy umocnienie i proliferacja. Władza dyscyplinarna skrywa się bowiem za tymi uprawnieniami na dwa sposoby: po pierwsze, uprawnienia te odwracają uwagę społeczeństwa od mechanizmów dyscyplinarnych poprzez zapewnienie zestawu pozytywnych przywilejów, które zostały rzekomo odebrane władzy, a po drugie sprzyjają iluzji, że jednostka jest w stanie owocnie wpływać na konstrukcję władzy i przeciwstawić się jej. Dlatego też, nawet jeśli uznać, że uprawnienia przyznawane jednostkom stanowią ustępstwo ze strony władzy na rzecz tych jednostek, to stanowią ustępstwo konieczne w celu zapewnienia dalszego funkcjonowania władzy dyscyplinarnej5.
I w tym sensie Zapolska nie zestarzeje się nigdy. Nawet jeśli na jej sztukach zamiast walki z wadami sąsiadów z bloku widzimy gaslighting, dominację narcyza, zespół traum i mechanizmy kompensacyjne oraz performowanie władzy dyscyplinarnej na poziomie mikropraktyk – nie znaczy to, że na świecie poza językiem i mentalnością coś istotnie się zmieniło. To znaczy, że sztuka Zapolskiej została zbudowana na skutecznych w teatrze strukturach dramaturgicznych, a my – kołtuńscy czy oświeceni – pozostajemy tym samym bezwolnym trybikiem w grze o tron.
Przypisy:
1 Michel Foucault, Nadzorować i karać. Narodziny więzienia, tłum. Tadeusz Komendant, Warszawa 2009.
2 Tenże, Podmiot i władza, tłum. Jacek Zychowicz, „Lewą Nogą” 1998 nr 9, s. 186–187.
3 Tenże, Nadzorować i karać…, s. 200.
4 Gilles Deleuze, Foucault, tłum. Michał Gusin, Wrocław, 2004; cyt. za: Jan Grzymski, Wszechobecność władzy i postawa krytyczna. Inspiracje myślą Michela Foucaulta dla politologii, „Athenaeum. Polskie Studia Politologiczne” 2017, vol. 54, s. 89–90.
5 Krzysztof Śledziński, Problem władzy u Michela Foucaulta w kontekście rozważań o prawie, „Machina Myśli”, https://machinamysli.org/problem-wladzy-u-michela-foucaulta-w-kontekscie-rozwazan-o-prawie-2/ [dostęp: 7.07.2026].