ISSN 2956-8609
Pojęcie kołtunerii, zanim stało się uniwersalną metaforą, zostało zaczerpnięte z dawnego języka medycznego. Kołtunem przez stulecia nazywano niemyte, niestrzyżone latami i zlepione brudem włosy. Przez kilkaset lat uważano to zjawisko nie za oczywisty skutek braku higieny, lecz za specyficzną dla ziem polskich jednostkę chorobową. Kołtun był rodzajem ludowego amuletu, który miał chronić nosiciela przed nieszczęściem. Dopiero w XIX wieku, gdy spóźnione prądy oświeceniowe na trwałe zagościły się na ziemiach polskich, władze zaborcze podjęły walkę z kołtunem w ramach walki z cywilizacyjnym zacofaniem, ciemnotą i głęboko zakorzenionym zabobonom.
Kołtun wyrwany ze swojego medyczno-magicznego kontekstu trafił do języka literatów. Polscy twórcy przełomu XIX i XX wieku ostrze swojej krytyki wymierzyli jednak szczęśliwie nie w podnoszące się z pańszczyźnianego poddaństwa chłopstwo, lecz w nowo powstające mieszczaństwo. Warstwa ta odradzała się w Polsce z ogromnym trudem po wiekach upadku rodzimego stanu trzeciego. Nowe mieszczaństwo zasilane było w dużej mierze przez mniejszości etniczne, z Niemcami i Żydami na czele, a także przez zubożałą polską szlachtę, która po uwłaszczeniu chłopów została zmuszona do migracji do miast i poszukiwania alternatywnych sposobów na życie. Słownik wyrazów bliskoznacznych podaje dziś wiele synonimów słowa „kołtun”, wskazujących jednoznacznie na jego wybitnie pejoratywny i pogardliwy sens: drobnomieszczanin, obskurant, zacofaniec, ciemniak, prostak, tępak, nieuk, ignorant, niedouk, ćwierćinteligent, półinteligent, prymityw, abderyta, ćwok i wreszcie filister. Wszystkie te określenia niosą w sobie potężny ładunek negatywnych emocji, jednak w tradycyjnych definicjach słownikowych brakuje pojęcia absolutnie kluczowego dla zrozumienia natury kołtunerii: głębokiej hipokryzji, której zdemaskowaniem zajęli się liczni polscy artyści.
Kołtun egzystuje w permanentnym rozkroku moralnym. Zachowuje się zupełnie inaczej w bezpiecznym zaciszu własnego domu, a zupełnie inaczej na pokaz, wobec obcych ludzi. Posiada wewnętrzny, niezwykle elastyczny zestaw „wartości”, które bezwstydnie aplikuje w zależności od bieżącej sytuacji towarzyskiej czy materialnej. „Na to mamy cztery ściany i sufit, aby brudy swoje prać w domu i aby nikt o nich nie wiedział”. Słynne wyznanie bohaterki komedii Gabrieli Zapolskiej Moralność pani Dulskiej, mieszczki ze Lwowa, stanowi esencję tej postawy. Siła tak zdefiniowanej kołtunerii okazuje się na tyle potężna, że nawet jednostki zbuntowane zmuszone są ostatecznie uznać jej miażdżącą władzę. Zbyszek Dulski, po krótkim i gwałtownym zrywie przeciwko rodzinnemu zakłamaniu, bezradnie kapituluje, rzucając na koniec: „A, niech to diabli wezmą! Będę Dulskim”. Siła grupowego konformizmu, który za wszelką cenę konserwuje dotychczasowe hierarchie społeczne, okazuje się barierą nie do przebicia.
W Trzeciej Rzeczypospolitej nowym wcieleniem kołtuna stała się liberalna inteligencja, która na początku polskiej transformacji posiadła niemal pełną hegemonię kulturową i medialną. Samo słowo „kołtun” pojawiało się w ostatnich dekadach niezmiernie rzadko, ustępując miejsca nowym konstruktom językowym. Symptomatycznym wyjątkiem jest tekst List otwarty do kołtuna III RP Bronisława Wildsteina, który ukazał się w „Uważam Rze” w 2011 roku. Publicysta wiąże kołtunerię z liberalną aspirującą wielkomiejską klasą średnią:
Dlatego kołtun czuje nienawiść do religii, patriotyzmu i wszelkich postaw wymagających wyrzeczeń, wysiłku czy – straszne słowo – poświęcenia. Walka z nimi staje się jego jedyną misją dziejową. Po jej sukcesie nic już nie będzie przecież, wyobraża sobie kołtun, przeszkadzać w beztroskiej konsumpcji.
Wildstein uważa, że kołtun boi się najbardziej ośmieszenia i jest bardzo podatny na manipulację, bo nie dostrzega swojej rzeczywistej pozycji społecznej:
Można wmówić mu wszystko i zachęcić go do każdej akcji także wbrew jego interesom. W III RP nazywa się „młody, wykształcony z wielkich miast”. Oczywiście, jest to opis jego aspiracji, a nie stanu rzeczy.
Rok później na łamach tego samego pisma Robert Mazurek wypromował nową nazwę dla aspirującego mieszczaństwa: lemingi, których „konstytutywną cechą” jest „właśnie konformizm i bezrefleksyjność”. Autor wyśmiewał specyficzną mentalność mieszkańców nowych osiedli, takich jak warszawskie Miasteczko Wilanów, których horyzont myślowy miał rzekomo ograniczać się do bezrefleksyjnej konsumpcji, spłacania kredytów hipotecznych i bezkrytycznego przyjmowania przekazu telewizyjnego. Okładkę numeru ilustrowała para uśmiechniętych lalek, Barbie i Kena, a całość była utrzymana w mocno satyrycznym tonie.
Wtedy jeszcze obiektem głośnej krytyki ze strony prawicy było pojęcie poprawności politycznej, które w ostatnich latach właściwie wyparowało. Dzisiaj już niemal nikt nie chce być posądzony o poprawność polityczną i można mówić głośno to, co kiedyś mówiło się cicho, po kilku głębszych na weselu. Ów brak wstydu jest powodem, dla którego pojęcie kołtunerii właściwie zniknęło z języka debaty publicznej, do tego wątku jeszcze wrócimy.
Wielowymiarowy obraz współczesnej kołtunerii przedstawiło po 1989 roku polskie kino, choć reżyserzy konsekwentnie unikali posługiwania się samym terminem. W tak zwaną „fajnopolacką” kołtunerię celnie uderza reżyser Jan Komasa. W jego głośnym filmie Sala samobójców. Hejter (2020) klasycznych filistrów reprezentuje rodzina Krasuckich, majętnych, wielkomiejskich inteligentów. Na zewnątrz, w przestrzeni publicznej, deklarują bezgraniczną otwartość, europejskość i tolerancję, jednak po powrocie do domu, za zamkniętymi drzwiami, z poczuciem klasowej wyższości wyśmiewają głównego bohatera, pochodzącego z ubogiej i prowincjonalnej rodziny. Podobnie twórczość Wojciecha Smarzowskiego jawi się jako nieustająca walka z polskim kołtunem w jego różnych odmianach. Pierwszy wielki sukces kinowy tego reżysera, film Wesele (2004), koncentruje się na postaci prowincjonalnego biznesmena, który na pokaz odgrywa rolę dobrodzieja i filaru lokalnej społeczności, podczas gdy jego życie jest pasmem zdrad, oszustw, bezwzględności i chciwości. Dokładnie tę samą matrycę hipokryzji Smarzowski przyłożył później w filmie Kler (2018) do zamożnej warstwy wyższego duchowieństwa, które w życiu prywatnym depcze niemal każde przykazanie. We współczesnym kinie fajnopolacki leming współegzystuje z kołtunem konserwatywno-prawicowym, który wydaje się o wiele bliższy jego XIX-wiecznym wcieleniom.
Z perspektywy socjologicznego opisu współczesnej kołtunerii przybiera ona dziś postać dwóch wściekle zwalczających się, lecz bliźniaczo podobnych obozów: liberalnej i prawicowej inteligencji oraz stojących za nimi nowych klas aspirujących, złożonych z klasy średniej i przedsiębiorców. Obie te formacje, mimo pozornej i głośnej wojny kulturowej, wyrastają z tego samego gruntu, jakim jest bezkrytyczna akceptacja feudalnych i kapitalistycznych zasad organizacji życia społecznego. Hipokryzja tych środowisk stała się fundamentem nowego ustroju już w pierwszych dniach narodzin III RP. Środowiska wywodzące się z opozycyjnej inteligencji, które swój błyskawiczny awans polityczny i ekonomiczny zawdzięczały Solidarności, masowemu ruchowi robotniczemu, po przejęciu władzy bez mrugnięcia okiem odrzuciły wszystkie propracownicze i socjalne postulaty związkowe. Bez jakichkolwiek wahań zaordynowano społeczeństwu brutalną „terapię szokową”, której bezpośrednim efektem była błyskawiczna dezindustrializacja kraju, likwidacja całych gałęzi przemysłu oraz stworzenie wielomilionowej armii bezrobotnych. Leszek Balcerowicz, główny architekt tych reform (wówczas z całą mocą wspierany przez dzisiejszych arcywrogów: Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego), z pozycji niepodważalnego autorytetu chętnie poucza dziś młode pokolenie dotknięte kryzysem mieszkaniowym i prekaryjnymi warunkami pracy, doradzając im „mniej narzekania, więcej obywatelskiego działania”. Profesor całkowicie ignoruje przy tym fakt, że sam w młodości otrzymał od znienawidzonego socjalistycznego państwa darmową edukację, bezpieczny etat na uczelni, prestiżowe zagraniczne staże oraz 53-metrowe mieszkanie w Warszawie z państwowego rozdzielnika. Jego zachowanie stanowi kwintesencję współczesnej kołtunerii: najpierw pełne skorzystanie z systemowego, państwowego wsparcia, a następnie „wciągnięcie drabiny” i zmuszanie młodszych oraz słabszych do rywalizacji w bezlitosnych warunkach całkowicie zderegulowanego wolnego rynku.
Niemal identyczną postawę klasowego narcyzmu reprezentuje Krystyna Janda, która wmawia opinii publicznej, że po 1989 roku każdy Polak miał dokładnie równy start, wliczając w to porzuconych na pastwę losu pracowników zlikwidowanych Państwowych Gospodarstw Rolnych, a własną drogę do sukcesu kwituje nonszalanckim stwierdzeniem, że po prostu sprzedała dom i kupiła teatr. Postać Jandy stała się w ten sposób podręcznikowym ucieleśnieniem liberalnej kołtunerii. Jej wielka kariera aktorska wystartowała dzięki głównym rolom w filmach Andrzeja Wajdy, opowiadających o narodzinach ruchu robotniczego i jego kluczowej roli w obaleniu totalitarnego państwa. Jednocześnie po 1989 roku Janda objawiła się jako klasistka, bez skrupułów korzystająca z wsparcia państwa dla osiągania własnych korzyści. Aktorka, po wygranej Prawa i Sprawiedliwości, stawiając się niezmiennie w pozycji przedstawicielki oświeconej elity, oceniła w jednym z wywiadów, że wyborcy nowej władzy to wyłącznie „ludzie zmanipulowani” lub w dużej części po prostu „ludzie, którzy chcą się zemścić”. Powtórzyła tym samym argumentację wspomnianego wcześniej Wildsteina, tyle że obróconą przeciwko jego własnej formacji. W 2019 roku Janda udostępniła natomiast w mediach społecznościowych wulgarną grafikę wskazującą, że wskutek programów socjalnych jeden głos oddany na PiS kosztował państwo 1250 złotych, co zestawiono ze stawką za płatny seks, wprost sugerując w ten sposób, że osiem milionów Polaków z nizin społecznych sprostytuowało się za zasiłek. Co warte podkreślenia w kontekście dulszczyzny, ta sama Krystyna Janda i jej prywatne teatry były w tym samym czasie stałymi beneficjentami milionowych dotacji płynących szerokim strumieniem z publicznej kiesy.
W tym świetle nie powinno nikogo dziwić, że ta sama artystka stała się główną bohaterką tzw. afery szczepionkowej z przełomu 2020 i 2021 roku. W dramatycznym momencie, gdy pierwsze dawki szczepionek na COVID-19 były towarem skrajnie deficytowym, przeznaczonym wyłącznie dla ratujących życie medyków z pierwszej linii frontu, grono aktorów, polityków i biznesmenów, obok Jandy m.in. Leszek Miller, Edward Miszczak czy Zbigniew Grycan, bezwstydnie wepchnęło się w kolejkę na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym. Zamiast natychmiastowego uderzenia się w piersi i przyznania do rażącego błędu moralnego, elity wygenerowały naprędce narrację o rzekomej „akcji promocyjnej”, w ramach której Janda określała się mianem szlachetnego „królika doświadczalnego”. Kołtuneria ujawniła się nie tylko w samym akcie ominięcia kolejki, lecz w obronie tego procederu przez liberalne środowiska opiniotwórcze. Redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis nazwał wówczas uzasadnioną krytykę celebrytów „prowokacją”, reporter Mariusz Szczygieł oburzał się na rzekomy „bolszewizm w czystej postaci”, reżyser Andrzej Saramonowicz porównywał krytyczne artykuły prasowe do hitlerowskich gadzinówek, a prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak bez cienia wstydu oznajmił, że naród powinien dbać o swoje elity i sam zaszczepiłby artystów w pierwszej kolejności. Afera po raz kolejny udowodniła, że polskie elity w głębi duszy traktują siebie jako wyjątkowe dobro narodowe, któremu z racji wysokiego statusu społecznego przysługują zupełnie inne prawa oraz bezkarność.
Awans najuboższych warstw społeczeństwa dzięki programowi 500+ oraz 13. i 14. emeryturze spotkał się z gwałtowną krytyką liberalnych elit, która ujawniła gigantyczne pokłady pogardy i kołtunerii. Samo świadczenie 500+ natychmiast stało się dla „niezależnych ekspertów” symbolem zła. Oceniano je jako demagogiczne „rozdawnictwo” (określenie Piotra Kuczyńskiego) i wieszczono bankructwo państwa. Znana profesor etyki Magdalena Środa straszyła, że pieniądze będą masowo przepijane, a patologia będzie „trzymać małe dzieci w szufladach”, byle tylko dostać zasiłek. Polityk PSL Janusz Piechociński twierdził, że ludzie dali się kupić za równowartość 266 puszek piwa, a znany aktor Jerzy Stuhr, wtórując tygodnikowi „Newsweek”, obwiniał beneficjentów programu o szerzenie chuligaństwa i pijaństwa. W swoim felietonie Wspomnienia uroczego lata za 500+ pisał: „Dla mnie Polska tego lata to był pijany Polak w morzu i pięciu ratowników, którzy go wyciągali. Dla mnie lato tego roku to pijany, który z Giewontu nie mógł zejść i helikopter go musiał ściągać [...]. Dla mnie lato tego roku to jest ten gość, co wysiadł z auta i pobił kobietę [...]. Lato to też mężczyźni siedzący na plaży od 5 rano, żeby sobie zająć miejsce. Urocze lato. Za 500+”. Aktor, który atakował rzekome pijaństwo i patologię „ludu”, kilka lat później został skazany wyrokiem sądu za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu.
Ten sam mechanizm fałszowania rzeczywistości ujawnił się w działalności wpływowych, liberalnych ekonomistów w trakcie kryzysu inflacyjnego z lat 2021–2023. Zamiast rzetelnej, naukowej analizy, eksperci ci zaserwowali społeczeństwu czysto ideologiczne kłamstwo, twierdząc, że winę za drożyznę ponoszą wyłącznie transfery socjalne dla najuboższych i emerytów oraz rzekomo „rozgrzana konsumpcja” obywateli. W narracji tej z pełną premedytacją ignorowano realne, zewnętrzne i strukturalne przyczyny inflacji, takie jak zerwane wskutek pandemii łańcuchy dostaw, drastyczny wzrost kosztów energii po agresji Rosji na Ukrainę, a przede wszystkim bezprecedensową chciwość wielkich korporacji i banków, które sztucznie windowały marże. Modelowym przykładem tej postawy stał się ekonomista Sławomir Dudek. Z jednej strony, jako główny ekonomista Pracodawców RP, w trakcie pandemii, gorąco i skutecznie apelował o gigantyczną pomoc finansową dla prywatnych firm, argumentując, że na ratowaniu biznesu nie wolno oszczędzać – co zaowocowało wypompowaniem z budżetu państwa 230 miliardów złotych prosto na konta przedsiębiorstw. Z drugiej strony, ten sam ekspert piętnował wypłatę świadczeń dla emerytów jako skrajnie niebezpieczne „rozdawnictwo” i domagał się ich natychmiastowej likwidacji w imię stabilności finansów publicznych. Za taką postawę Dudek został przez nową władzę sowicie nagrodzony lukratywnym stanowiskiem Przewodniczącego Rady Fiskalnej.
Niezwykle drastycznym obszarem manifestacji współczesnej dulszczyzny są relacje panujące na polskim rynku pracy. Finansowe i celebryckie elity kraju, aspirujące do światowych standardów, nieustannie wylewają w mediach krokodyle łzy nad rzekomą „roszczeniowością” i „lenistwem” młodego pokolenia, którego jedyną winą jest domaganie się elementarnego przestrzegania Kodeksu pracy oraz prawa do zachowania równowagi między życiem zawodowym a prywatnym. Polska kołtuneria biznesowa wciąż podświadomie oczekuje od pracownika postawy pokornego pańszczyźnianego chłopa. Dawny prominentny polityk i milioner Janusz Palikot głosił z pełnym przekonaniem, że idealny pracownik to taki, który o godzinie 23:00 bez mrugnięcia okiem zostawi własną rodzinę, przyjedzie do firmy i zrobi to, co do niego należy. Żona miliardera Grażyna Kulczyk publicznie ubolewała w wywiadach, że młodzi ludzie w trakcie pracy bezczelnie „zerkają na zegarek”; inna żona miliardera, Omenaa Mensah, krytykowała podwładnych za zbyt częste przerwy na kawę; miliarder Rafał Brzoska, twórca potęgi InPostu, ironizował o tęsknocie do dawnych, rzekomo socjalistycznych czasów, kiedy do roboty się tylko „chodziło”, dodając, że naprawdę wartościowy pracownik to taki, który skwapliwie odpisuje na maile wysłane po godzinie 21:00. W ten sam ton wpisał się znany prawnik, profesor Marcin Matczak, publicznie wątpiąc, czy młodzi krytycy systemu kapitalistycznego byliby w ogóle zdolni do pracy po 16 godzin na dobę, co ma być gwarancją mitycznego życiowego sukcesu.
W tym kontekście na figurę wzorcowego kołtuna III RP wyrasta wspomniany Janusz Palikot, który od ponad dwóch dekad pozycjonuje się na salonach jako wyrafinowany intelektualista, mecenas sztuki, filozof i światowiec. Temu wielkiemu promotorowi kultury wysokiej i luksusowych alkoholi, powszechnie znanemu z niepłacenia swoim pracownikom i kontrahentom, prokuratura zarzuciła stworzenie gigantycznej piramidy finansowej i nielegalne reklamy wódki. Palikot wcześniej nazwał osoby bezdomne, których życie zostało złamane przez nałogi, „ludzkimi śmieciami”, jednocześnie – w akcie niebywałego narcyzmu – porównując swoją sytuację, wywołaną problemami z prawem, do cierpień więźniów obozów koncentracyjnych. Palikot wciąż próbuje funkcjonować w przestrzeni publicznej, a w kręgu jego najbliższych przyjaciół i obrońców nadal znajdują się prominentni artyści, celebryci i gwiazdy teatrów, gotowi składać się na kaucję, byle tylko uchronić swojego towarzysza przed aresztem.
Dzisiaj liberalny kołtun jest w odwrocie. Od 2015 roku obserwujemy ofensywę prawicowej hegemonii kulturowej, której towarzyszy renesans prawicowego kołtuństwa. Kwestie poprawności politycznej odeszły w niebyt. Europa stała się chłopcem do bicia jako źródło zgnilizny i upadku wartości. Prawicowy kołtun, chociaż krytykuje Zachód, jednocześnie jednak wysyła tam na studia swoje dzieci i chętnie spędza wakacje. Jednym z głównych obiektów krytyki na prawicy stała się „religia klimatyczna”. Odrzucenie naukowych ustaleń na temat przyczyn globalnego ocieplenia jest być może najsilniejszą i najbardziej brzemienną w skutkach postawą prawicowego kołtuna. Na lidera tej klimatosceptycznej formacji wyrasta profesor (!) Przemysław Czarnek. Polityk zapowiedział wojnę z Unią Europejską, która przez swoje klimatyczne szaleństwa chce zniszczyć Polskę i wsławił się wystąpieniami, które mogłyby stać się dobrym materiałem na teatralną farsę. Czarnek na partyjnym wiecu połączył OZE – jego zdaniem lewacką fanaberię stanowiącą zamach na polską suwerenność – z fekaliami, nazywając je „OZE-SROZE”. Kiedy kurtyna po przemówieniu opadła, okazało się, że na dachu jego domu w najlepsze działa nowoczesna instalacja fotowoltaiczna, kupiona – o zgrozo! – za unijne dotacje. Przyłapany na gorącym uczynku kołtun, zamiast przyznać się do pragmatyzmu, woli brnąć w absurd. Deklaruje publicznie, że panele zdemontuje i wyrzuci, byle tylko zmazać plamę na swoim wizerunku. Dla prawicowego filistra technologia, czyste powietrze i ekonomiczny rozsądek przegrywają z koniecznością utrzymania bogoojczyźnianego wizerunku. Jest on gotów dosłownie odciąć sobie czysty prąd i zwiększyć rachunki, byle tylko jego wyborcy i partyjni koledzy nie zobaczyli, że skosztował zakazanego zachodniego owocu nowoczesności. Atak prawicy na odnawialne źródła energii przypomina słynną już broszurę z początku XX wieku Kanalizacya miasta Warszawy jako narzędzie judaizmu i szarlataneryi w celu zniszczenia rolnictwa polskiego oraz wytępienia ludności słowiańskiej nad Wisłą. Sto lat temu w programie kanalizacji dostrzeżono spisek Żydów. Dzisiaj w panelach fotowoltaicznych i wiatrakach prawica widzi spisek brukselczyków.
Oczywiście prawicowy kołtun nie może obejść się bez podwójnej moralności, którą stosuje na użytek zewnętrzny i wewnętrzny. Prawica daje nam w tym przypadku łatwe i szerokie pole do wytykania jej hipokryzji. Jej formacja obfituje w polityków, którzy w świetle jupiterów walczyli z „rozwiązłością obyczajową Zachodu”, a prywatnie przechodzili burzliwe rozwody, ukrywali zdrady, a nawet dopuszczali się przemocy domowej czy aktów bestialstwa wobec zwierząt. Za publicznie wyrażaną bigoterią kryją się zdrady i romanse. Jedną z najsmaczniejszych historii jest głośna sprawa romansu liderów ultrakatolickiej organizacji Ordo Iuris, która głośno domagała się m.in. zakazu rozwodów, penalizacji aborcji i walki z „ideologią LGBT” w imię ochrony chrześcijańskiego małżeństwa. Konserwatyści uwielbiają pouczać innych o moralności, nienaruszalności rodziny, tradycyjnych wartościach i „nierozerwalności sakramentów”. Jacek Kurski jako szef TVP budował przekaz medialny oparty na obronie tradycyjnej, katolickiej rodziny przed „ideologicznymi zboczeniami”. Tymczasem sam, po 24 latach małżeństwa i spłodzeniu trójki dzieci, przeszedł procedurę kościelną, która uznała to wieloletnie pożycie za... nieważne od samego początku. Jan Paweł II, który kiedyś błogosławił rodzinie Kurskiego, musiałby być zdumiony takim rozwojem wydarzeń. W dodatku szef telewizji nie załatwił sprawy po cichu, podczas kameralnej uroczystości w kręgu najbliższych. Przeciwnie, ceremonia odbyła się z wielką pompą w jednym z najważniejszych miejsc dla polskich katolików – Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach i była szeroko relacjonowana przez media. Na ślubie pojawili się najważniejsi politycy koalicji rządzącej z Jarosławem Kaczyńskim na czele, a wydarzenie połączono z partyjno-weselną wizytą na Wawelu.
Co ciekawe, takie wybryki współczesnej prawicy ani w kraju, ani na świecie specjalnie jej nie szkodzą. Donald Trump wygrał wybory m.in. głosami chrześcijan, mimo że zdradził żonę z gwiazdą porno niedługo po narodzinach ich syna. Dlaczego te obyczajowe skandale nie przeszkadzają prawicy w odnoszeniu sukcesów? Być może wyrok historii i opinii publicznej jest jedynie odroczony, ale trudno nie zauważyć, że pojęcia takie jak moralność czy wstyd mają coraz mniejsze znaczenie w życiu publicznym. Przyczyną jest coraz większą społeczna polaryzacja i zwycięstwo nie tyle kapitalistycznej etyki, co kapitalistycznego nihilizmu.
Trzeba jednak zauważyć, że również lewica nie jest wolna od kołtuństwa. Na sztandarach ma walkę o emancypację kobiet, prawa zwierząt czy prawa pracownicze, ale rzeczywistość okazuje się dużo mniej różowa. Na czołową kołtunerię lewicy wyrasta środowisko Roberta Biedronia. Gdy ruszał on z własnym projektem politycznym, partią Wiosna, solennie obiecywał, że nie przyjmie mandatu europosła i będzie walczył z prawicą w kraju. Szybko jednak okazało się, że nie zamierza rezygnować z brukselskich apanaży i błyskawicznie porzucił krajową politykę. W międzyczasie do Europarlamentu wciągnął swojego długoletniego partnera Krzysztofa Śmiszka. Dzisiaj ta rodzina stanowi 2/3 reprezentacji polskiej lewicy w Brukseli. Panowie nie przejęli się oskarżeniami o nepotyzm i szybko zajęli się pomnażaniem swojego majątku. Mimo że wielokrotnie deklarowali, iż „mieszkanie jest prawem, nie towarem”, sami zaczęli budować swoje bogactwo na spekulacji nieruchomościami. Biedroń deklaruje obecnie własność lub współwłasność pięciu nieruchomości, a Krzysztof Śmiszek sześciu. Polityk pytany w wywiadach o to, czy popiera wprowadzenie podatku katastralnego stwierdził, że „nie ma zdania, raczej nie”. Dopytywany, czy to dlatego, że sam posiada wiele lokali, odpowiedział, iż „nie chodzi zupełnie o to”.
W trakcie pierwszej kampanii wyborczej Wiosny wybuchła również afera z Joanną Scheuring-Wielgus. „Fakt” ujawnił wówczas, że polityczka, która publicznie kreowała się na obrończynię praw zwierząt, pod koniec 2016 roku oddała swoje dwie suczki do schroniska w Toruniu. Swoje zachowanie tłumaczyła brakiem miejsca i alergią, chociaż psy miała od wielu lat, a sama zajmowała duży apartament w mieście. Dodała też, że nikt nie chciał wziąć jej „kundli”. Swoje działania przedstawiła wręcz jako akt humanitaryzmu i bohaterstwa: „Zamiast przywiązać do drzewa, uśpić lub zostawić na autostradzie – co niestety się zdarza – znalazłam moim ukochanym psiakom, Czarnej i Mambie, dom w dobrym schronisku”. Aktem wyjątkowej dulszczyzny i okrucieństwa było to, że w grudniu 2018 roku zorganizowała konferencję prasową na rzecz ochrony zwierząt przed fajerwerkami pod bramą tego samego schroniska w Toruniu, do którego dwa lata wcześniej po cichu oddała własne psy. Joanna Scheuring-Wielgus dzisiaj również jest europarlamentarzystką. W ten sposób lewicowa formacja kołtuńska stanowi obecnie całą reprezentację polskiej Lewicy w Brukseli.
***
Zwycięstwo wolnorynkowego fundamentalizmu w Polsce i na świecie po 1989 roku przyniosło zmianę społecznego paradygmatu, w którym moralność została zastąpiona przez chłodny bilans zysków i strat. Choć u Zapolskiej mieszczanie jawią się jako grupa owładnięta materialnymi żądzami, to jednak nie wszystko jest podporządkowane finansom, a istotną rolę wciąż odgrywa kwestia moralności i wstydu. Tymczasem w XXI wieku rzeczywistość została całkowicie podporządkowana zasadom wolnego rynku, z jednoczesnym odrzuceniem jakichkolwiek dylematów etycznych. Wszystko, co przynosi zysk i czyni kogoś bogatym, jest dobre. Chciwość jest dobra, mówi Gordon Gekko, bohater Wall Street (1987) w reżyserii Olivera Stone’a, a to, w jaki sposób osiągnie się sukces, nie ma żadnego znaczenia. Neoliberalizm kreuje wizję „człowieka ekonomicznego”, „racjonalnie” myślącej jednostki, która staje się po prostu przedsiębiorcą samego siebie. Zwalnia ją to z empatii i odpowiedzialności za słabszych. W efekcie to, co niegdyś mogłoby być potępiane z perspektywy moralnej, ulega systemowej racjonalizacji, a skrajny egoizm i zachłanność zostają podniesione do rangi pożądanych cnót. Ten rynkowy zmierzch moralności wyznacza jednocześnie kres klasycznie rozumianego kołtuna, którego główną cechą była hipokryzja i ukrywanie własnych słabości. Skoro maksymalizacja zysku staje się nadrzędną wartością, tradycyjna obłuda przestaje być potrzebna. Współczesny kołtun nie musi już nosić maski przyzwoitości, bo system za egoizm nagradza, a za empatię karze. Nie ma już wstydu. Nie można się skompromitować. Skandal jest drogą do szybkiego pomnożenia kapitału: społecznego i finansowego. W neoliberalizmie tradycyjny kołtun ustępuje miejsca postaci psychopaty-narcyza, który nigdy nie czuje wstydu, nigdy nie przeprasza i karmi się publiczną atencją. On już nie chce, żeby cokolwiek działo się za zamkniętymi drzwiami. Obowiązuje nowy dekalog złożony z trzech zasad znanego adwokata Roya Cohna, który był patronem kariery Donalda Trumpa: zawsze atakuj, wszystkiemu zaprzeczaj i bez względu na fakty ogłaszaj zwycięstwo. Czy figura narcyza celebryty doczeka się w sztuce tak ostrej publicznej krytyki, jak niegdyś filister? Na razie jesteśmy w tym starciu bezbronni; rachunek za brak nawet pozorów moralności w życiu publicznym będzie wyjątkowo słony.