ISSN 2956-8609
Utrwalanie pamięci w sposób systematyczny jest praktyką tak powszechną, że często niezauważalną. Skupiamy uwagę na polityce historycznej prowadzonej przez państwo (nierzadko ją krytykując, gdy nie rozumiemy jej odrębności od uprawiania historii jako praktyki badawczej i dyskursywnej) – ale jest to nasz arbitralny wybór. Rodzina, teatr, parafia, drużyna – polityka historyczna jest wszędzie.
Dyskusje wokół „polityki historycznej” w Polsce wydają się dziś solidnie wyeksploatowane, by nie rzec – wymłócone niczym stara słoma. Gdyby sięgnąć po metody lingwistyki kwantytatywnej (albo proste Google Trends), można by śledzić skorelowanie pojawiania się tej frazy ze sporami politycznymi, szczególnie po roku 2005, wraz z pogrzebaniem nadziei na „PO-PiS”. Nie zawsze tak było: Robert Kostro w szkicu Polityka historyczna na zakręcie1 wspomina zarówno wylansowanie tego pojęcia przez środowiska konserwatywne lat dziewięćdziesiątych XX wieku i początku XXI wieku, ale i wyglądające dziś niezwykle egzotycznie sojusze, zawiązywane wówczas przez zwolenników budowania instytucjonalnych fundamentów pamięci zbiorowej. Dość wspomnieć, że Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN współtworzyli Lech Kaczyński (jako prezydent Warszawy), minister kultury w rządzie SLD-PSL Waldemar Dąbrowski i Marian Turski.
Ta kohabitacja trwała krótko, do momentu zaprezentowania koncepcji Muzeum II Wojny Światowej przez Pawła Machcewicza. Odtąd stosunek do wspomnianego wyżej pojęcia stał się jedną z osi najdłuższego politycznego sporu III RP, a kolejne przesilenia (lecz także nominacje i dymisje na stanowiskach dyrektorskich w placówkach muzealnych i galeriach, otwarcia i likwidacje nowych wystaw, erygowanie lub likwidowanie pomników, ba, nawet kwestia reprezentacji Polski na weneckim Biennale) rezonowały sporami. Nie o personalia, tematy ekspozycji, ekspresję w marmurze czy na płótnie, lecz – tak, o politykę. Ekstrema tego sporu były straszliwe: oponenci „polityki historycznej” szarżowali z odwołaniami do Orwella, porównaniami do Hitlera czy Stalina, wskazując, że każda ingerencja państwa w dziedzinie kształtowania wizerunków przeszłości jest kłamstwem i fałszerstwem; a obrońcy ingerencji i pamięci starali się nie dostrzegać żadnego ryzyka nadużyć polityki historycznej, swoim polemistom zarzucając w najlepszym razie nihilizm.
Po wybuchu wojny na Ukrainie, po części też może po zmianie wyborczej w roku 2023, spór trochę się wypalił. Oczywiście, nadal zdarzają się publicystyczni zagończycy, praktykujący foucaultowskie bunty wobec „normy jako opresji” na mazowieckiej równinie i w rezultacie kwestionujący potrzebę istnienia jakichkolwiek kodów kulturowych, kanonów lektur szkolnych czy „pocztu bohaterów narodowych” jako procedur normotwórczych, czyli opresyjnych. Niemało jest, nie tylko w kręgach zawodowych polityków, lecz i wśród wybitnych historyków dziejów najnowszych, osób opowiadających się za zlikwidowaniem IPN i Instytutu Pileckiego, kierujących się w tej sprawie nie lojalnością partyjną, lecz, jak deklarują, niechęcią do „państwowego zarządzania pamięcią”. Ba, nawet człowiek tak zasłużony dla trwania i – zarazem – niuansowania pamięci jak Piotr Cywiński, wieloletni już dyrektor Muzeum Auschwitz, w dyskusji pod wspomnianym artykułem Kostry dał wyraz swojej żywej niechęci do „polityki pamięci”, uznając ją wręcz za „orwellowski termin” – co traktuję jako świadectwo skali alergii i urazów, spowodowanych przez awantury o politykę historyczną ostatnich dwóch dekad.
Wyjściem z tej sytuacji – jeśli nie mamy na nowo dyskutować nominacji, dymisji i budżetów – może być, w moim przekonaniu, unik, który rozszerza zarazem horyzont. Mianowicie uznanie, że „polityka historyczna” nie musi koniecznie wiązać się z aktywnością państwa (choć to ono, naturalnie, dysponuje największymi środkami, a przynajmniej możliwością ich prędkiej mobilizacji i alokacji). Polityka historyczna (zaryzykuję tu postawienie roboczej definicji) to wszelkiego rodzaju działania, które podejmują najrozmaitsze podmioty – nie w celu poznania faktów i opisania nieznanej dotąd przeszłości (co uważane jest za pierwszą powinność dziejopisa), lecz dla przekazania lub utrwalenia wizerunku przeszłości wśród innych.
Oczywiście, definicja ta, pomijając jej inne słabości, sztucznie rozszczepia działania w rzeczywistości często podejmowane łącznie: zarówno Herodot w przeszłości, jak współczesny historyk-amator, spisujący dzieje miejscowego dworku lub parku, zwykli pracować ze źródłami, ustalać kształt przeszłości – a zarazem liczyć na to, że ich dzieło zmieni (oczywiście, na różną skalę) sposób postrzegania świata przez odbiorców. Dodajmy, że również liczne instytucje, uważane (lub oskarżane) za podmioty prowadzące politykę historyczną – zarówno wywołane już do tablicy Instytut Pileckiego czy IPN, jak co poważniejsze muzea – prowadzą działalność badawczą (lub przynajmniej kwerendy archiwalne) i wyposażone są w działy naukowe. Zatarcie granicy może więc dokonywać się pod szyldem wspólnym dla całej instytucji.
A jednak bronię rozstrzygającego rozróżnienia: architekci i aktorzy polityki historycznej zapoznają (lub przesuwają na dalszy plan) kwestię dociekania prawdy materialnej o przeszłości; skupiają się na utrwalaniu, dystrybuowaniu i popularyzowaniu narracji już skodyfikowanej i „ustalonej”, przynajmniej w ich oczach.
Zgoda na taką definicję oznacza jednak, że politykę historyczną uprawiać może wiele podmiotów różnej „wagi”, stawiających sobie różne cele: ambitne jednostki, samorządowcy, plutokraci, wybrane agendy państwa, parafie i kościoły. I tak jest: na swoją, nader skromną, skalę, uprawiają taką politykę „rodzinni kustosze pamięci”, starając się utrwalić pamięć o dokonaniach i przeszłości rodu poprzez wychowanie dzieci, spisywanie opowieści rodzinnych, erygowanie pomników (bodaj nagrobnych) i organizowanie imprez (bodaj „pod przykrywką” imienin…). W miarę możliwości – usiłuje dotrzeć do „licencjonowanych” historyków, zabiega o kolejne publikacje i utrwalenie pamięci o swoich przodkach w formule bardziej akademickiej (a tym samym, w oczach odbiorców – obiektywnej), delegując niejako realizowanie swojego projektu na inne podmioty.
Nie inaczej wyglądać może sytuacja w przypadku niewielkich podmiotów instytucjonalnych (szkół, parafii, władz instytucji o długiej tradycji, w rodzaju uczelni czy teatru, względnie niewielkiego ośrodka miejskiego). One również, na skalę niemal niedostrzegalną z perspektywy państwa, lecz przewyższającą poziom dokonań możliwy dla jednostki, zachowują, utrwalają i popularyzują wiedzę o lokalnym patronie, świętym, bitwie czy założycielu miasta, sięgając po środki tak różne jak wykłady, publikacje, szkolenia, konkursy, tworzenie różnego rodzaju miejsc pamięci (pomniki, tablice) i muzeów (powstających od zera lub w drodze „muzealizacji” miejsca urodzenia czy śmierci lokalnego bohatera). Jednocześnie zabiegają o propagację tej narracji na poziomie ponadlokalnym, w ogólnokrajowych (lub odwołujących się do jeszcze szerszego audytorium) curriculach szkolnych, programach badań akademickich, przewodnikach wycieczkowych i obchodach.
Piszę to nie po to, by mnożyć przykłady (czasem budujące, czasem trochę groteskowe) różnego rodzaju praktyk utrwalania i propagowania narracji o przeszłości. Pragnę jedynie wskazać, że z pamięcią historyczną jest trochę jak z postrzeganiem przez nas świata za pośrednictwem wzroku: jak wiadomo, „widmo świata widzialnego” obejmuje w przypadku ludzi stosunkowo wąski wycinek fal promieniowania elektromagnetycznego (od 380 do 780 nm). Przez stulecia nie byliśmy świadomi tego, co „poza” tym obszarem. Podobnie w rozważaniach nad pamięcią historyczną, najczęściej skupiamy się na inicjatywach związanych z pamięcią wspólnoty państwa i kultury. Tymczasem nie zawsze podejmowane są one przez instytucje państwowe: sporą część tych zadań biorą na siebie podmioty niższej rangi (samorządy, organizacje społeczne, władze municypalne, związki wyznaniowe) lub wręcz jednostki (które w procesie wychowania nie skupiają się przecież wyłącznie na przeszłości rodziny). Tym, co łączy ich działania (czyniąc je najbardziej liczebnymi i najłatwiej zauważalnymi) jest wspólny mianownik: przekonanie o istnieniu racji stanu.
To zaś oznacza, że większość naszych sporów o definicję, znaczenie lub dopuszczalny zakres polityki historycznej wychodzi od niepełnych lub fałszywych przesłanek. Polityka ta nie jest „wynalazkiem” ani współczesnym, ani inspirowanym przez wąskie ideologie. Jest działaniem publicznym niemal powszechnym, praktykowanym przez różne podmioty, z różną intensywnością i w różnych czasach. „Państwową politykę historyczną” wyróżnia skala, liczba angażowanych środków oraz wielość potencjalnych narzędzi działania i pól oddziaływania (a dzięki temu możliwość osiągania efektu „pokrywania się” narracji z różnych źródeł lub wręcz ich redundancji). Oraz – przekonanie o istnieniu racji stanu, czyli uzasadnienia dla umacniania dobrego imienia wspólnoty (kulturowej, narodowej czy państwowej) oraz jej obrony przed tym, co postrzegane bywa jako pomówienia, szkalowanie czy przemilczanie rzeczywistych zasług.
Ciągle jest to formuła zbyt pojemna, mieszcząca zarówno troskę o „tchorki” (czyli ustandaryzowane tablice na podstawie projektu Karola Tchorka, upamiętniające warszawskie miejsca walk i męczeństwa z okresu II wojny), jak otwartą przed kilku dniami przez władze rosyjskie na cmentarzu w Katyniu wystawę, opowiadającą o „dziesięciu wiekach polskiej rusofobii”. Z pamięcią historyczną jest bowiem tak, jak z przywoływanym w dziesiątkach sporów erystycznych nożem, który służyć może zarówno do krojenia chleba, jak zadania ciosu. Możliwość użycia noża w złej sprawie nie ogranicza jego użyteczności i zazwyczaj nie prowadzi, za wyjątkiem ściśle określonych sytuacji (małe dzieci, osoby niepoczytalne, przestępcy) do limitowania przez podmioty decydujące (suwerena) możliwości posługiwania się nim. Podobnie z pamięcią historyczną: jest ona jedną z podstawowych praktyk, po które sięga wspólnota pragnąca przetrwania i reprodukowania się w czasie.
Oczywiście, prostsze jest konstruowanie i utrwalanie „statycznej” pamięci historycznej, podstawowego uniwersum znaków: nadawania ulicom i placom imion królów, wieszczów, poetek i lekarek, wznoszenia ich pomników i organizowania poświęconych im uroczystości i olimpiad. Tego dokonywać można w przestrzeni niezagospodarowanej jeszcze i neutralnej (możemy spróbować wyobrażenie sobie, tytułem eksperymentu myślowego, jak wyglądać będzie tworzenie toponimiki Marsa, gdy trafi tam już stała misja z Ziemi – albo przypomnieć sobie praktyki Stasia z W pustyni i w puszczy, utrwalającego w Afryce równikowej takie nazwy jak Kraków i Wawel). Wyzwaniem okazuje się tworzenie takiego uniwersum i troska o jego utrwalenie w przestrzeni dynamicznej, zmiennej, w której działa wiele podmiotów, wrogich lub przynajmniej konkurencyjnych.
Taka jest jednak rzeczywistość relacji międzynarodowych, dla której nie udało się jak dotąd znaleźć alternatywy. Znów, jak w przypadku spektrum widzialnego światła, przychodzi sięgnąć do topornego porównania: można wyobrazić sobie marzenie o wspólnocie wolnej od kosztownych i krępujących wolność instytucji, wspólnocie bliskiej ideałowi komuny czy falansteru, funkcjonującej w oderwaniu od świata, na niebieskich połoninach. Jeśli wspólnota ta pragnie zachować swoją podmiotowość – w przypadku pojawienia się innych wspólnot zmuszona jest zająć się tworzeniem barier oraz konserwowaniem i kodyfikowaniem tych składowych (język, prawa, obyczaje), które stanowią o jej istocie.
W okresie kilkuletniego, euforycznego złudzenia, że oto żyjemy w obliczu ogłoszonego przez Francisa Fukuyamę „końca historii”, czyli w latach dziewięćdziesiątych XX wieku, niechęć do rygorystycznego i szczegółowego kodyfikowania składowych, również za pomocą narzędzi „polityki historycznej”, jawiła się jako w pełni zrozumiała. Dziś, w realnie doświadczanej sytuacji istnienia wielości podmiotów państwowych, jednych jawnie wrogich (Rosja), innych zabiegających o swoje interesy w dyskretny i wolny od agresji sposób – potrzeba polityki historycznej odwołującej się do racji stanu i realizowanej przy pomocy różnych podmiotów wydaje się nie potrzebować głębszych uzasadnień.
Przypisy: