ISSN 2956-8609
Rzeczy, które mają przyciągnąć naszą uwagę, muszą być obecnie szokujące i wyraziste. Najlepiej klikają się: wojna, konflikt, afera, zdrowie, zagrożenie, klimat, skandal, mobbing, pieniądze, trauma.
Aby po przeczytaniu tekstów, zawierających powyższe treści, odstresować się – klikamy w teksty zawierające treści całkiem przeciwne, lecz równie chwytliwe: oddech głęboki, samoświadomość, kojący wpływ spacerów na psychikę, bycie w zgodzie ze sobą, wolność wewnętrzna i nawadnianie organizmu przy równoczesnym dbaniu o długość snu.
Jednakże gdzieś pośród tych wszystkich ważnych tematów krążą powszednie, których czuję się orędowniczką. W przypadku tej strony, poświęconej teatrowi, nie będzie to więc trudny i bolesny temat mobbingu (oddolnego, odgórnego), a raczej tkliwej i delikatnej sieci wzajemnych relacji oraz zależności.
Obserwujemy się nawzajem, badając na ile możemy sobie pozwolić, na ile zbliżyć się do siebie i sobie zaufać. Zaznaczamy swoje terytorium, duże czy małe, nieważna jest wielkość, ważne jest dla nas posiadanie jakiejkolwiek niepodległości. Zdobycie takie małego własnego przyczółku jest bardzo ważne, ponieważ wiążą nas ze sobą na co dzień dziesiątki zależności.
I właśnie nad takimi nieuchwytnymi, delikatnymi jak saska porcelana, działaniami zmierzającymi do osiągnięcia wyznaczonego celu, ale takimi, których mobbingiem jeszcze nazwać nie można – chciałabym się pochylić.
Przeprowadzamy je, mniej lub bardziej świadomie, codziennie w domu, w urzędzie czy w pracy. Te cieniutkie pajęczynki, którymi zahaczamy innych ludzi, mają nas chronić, coś zasugerować lub wzbudzić jakieś odczucia. Czasem wystarczy po prostu się uśmiechnąć, wyrażając poparcie, a czasem lekko skrzywić, chcąc zaznaczyć, że z czymś nie jest nam po drodze. Można też wymownie popatrzeć lub przetrzymać czyjś wzrok. Można odwrócić się w milczeniu (o, to już jest raczej mocne!), bez słowa „wyjść na papierosa” (tak, to jest już bardzo znaczące) i można zawiesić głowę lub smętnie westchnąć… Ale nadal wyraźną przemocą tego jeszcze nie nazwiemy, prawda?
Istnieje tak wiele możliwości, że nie zliczę ich wszystkich!
W nadmiarze tego typu zachowania mogą być sposobami stosowania przemocy emocjonalnej, potrafią uprzykrzyć życie i doprowadzić ostatecznie do powstawania ogromnych napięć. Zanim jednak dojdzie do najgorszego – nie trzeba wzdychać, nie trzeba koniecznie wychodzić od razu bez słowa z pomieszczenia. Można po prostu… porozmawiać. A nuż ten drugi zrozumie? Możliwe, że też ma swoje kłopoty i racje. Może niepotrzebnie rozkręcamy od razu dramę? Czekamy, aż sytuacja spuchnie, aż w ranę wda się gangrena. W końcu – nie ma to jak aferka.
Zabawne, że sama tak rzadko pamiętam o tym, żeby na czas porozmawiać o czymś dla mnie trudnym w pracy. Denerwuję się, przeżywam i zamiast pisnąć słówkiem, że coś jest nie tak, robię się tylko coraz bardziej wredna…
Tak, jakby z jakiegoś złego przyzwyczajenia teatr żywił się od czasu do czasu trudnościami, a dopuszczanie do nich było jedną z części systemu, na którym opiera się powstawanie spektaklu… Może właśnie z takiego myślenia o rodzeniu się przedstawienia w bólu i we łzach, wynikają przekroczenia, presje i naciski? Może istnieje niepisana zasada, że droga do wybitnego dzieła wybrukowana jest cierpieniem?
I dlatego tak lubiłam pracować z Piotrem Cieplakiem, grając w jego spektaklach mogłam być wystarczającą wersją siebie.
Przecież gdyby trudne tematy rozwałkowywać od razu – nie byłoby tematu. Tylko o czym by tu wtedy pisać, co z drżeniem wspominać i czym się sycić? Tym, że wszystko się ładnie udało, i to bez serii dram? Że było twórczo i przyjemnie? To byłoby takie… (tu proszę wstawić odpowiedni przymiotnik).
Reżyser Maciej Prus prowadził kiedyś u nas w Teatrze Narodowym próby i jedna z osób z obsady nie była najwyraźniej zadowolona z powierzonej jej roli. Nie dochodziło do żadnego mobbingu, po prostu trochę wzdychała, trochę nie angażowała się. Miała swój powód, ludzki i zrozumiały: nie cieszę się, że tu jestem. I miała prawo tak czuć. I właśnie wtedy, prawie na samym początku prób, pan Maciej poprzyglądał się temu chwilę i zwrócił się do tej osoby z prośbą o zastanowienie się, czy na pewno chce w tym spektaklu uczestniczyć, ponieważ jest to jeszcze dobry czas, żeby się rozstać. Po co się nawzajem męczyć? Lepiej to zrobić na tym etapie i nie żywić do siebie w przyszłości urazy.
Ta szczerość wywołała wśród nas zaskoczenie i jednocześnie zadowolenie z jasnego postawienia sprawy, przy jednoczesnej konsternacji osoby zainteresowanej. W rezultacie, zamiast dopuścić do nawarstwienia problemu, obydwoje zawarli zgodę i dalej praca toczyła się już bez przeszkód, „za porozumieniem stron”.
No dobrze, ale co się może zdarzyć kiedy sytuacja się jednak zaostrza, przekraczając poziom subtelnych komunikatów pozawerbalnych? W tych niesubtelnych przypadkach aktor niechętny powierzonej mu roli (lub też: nie dogadujący się z reżyserem, nie mający możliwości odejścia z teatru, niewysłuchany; używany do zrealizowania wizji, która mu nie odpowiada; zniechęcony brakiem rozwoju; aktor marudny, bo taki ma charakter; aktor leniwy lub zbyt ambitny; aktor, któremu nigdy nic nie pasuje, aktor, który przeżywa właśnie wypalenie zawodowe, ale musi grać, lub taki, który nigdy nie jest doceniany) uprzykrza reżyserowi życie o tyle, o ile może i pozwala mu jego pozycja. Wtedy, między innymi: słabo uczy się tekstu na pamięć, pozornie nie pamięta sytuacji ustalonych poprzedniego dnia, nie wykazuje zbytniego zaangażowania w proces twórczy, niczego od siebie nie proponuje, ostentacyjnie czekając tylko na sugestie reżysera (a kiedy ten podsuwa rozwiązanie, wtedy miłym głosem odpowiada; „Jasne, mogę tak to zagrać, nie ma problemu”).
Z reguły, kiedy tak się już dzieje, można mieć pewność, że do żadnej szczerej rozmowy na linii aktor – reżyser nie doszło.