ISSN 2956-8609
Dr Michał Smolis napisał do mnie e-mail. W nim zapytał „dlaczego piszę biografię Zofii Mrozowskiej?” Zwykle osobie, która zadaje mi takie pytanie odpowiadam „bo Ty nie piszesz”, ale nie Doktorowi. A piszę dlatego, że Zofia Mrozowska (1922-1983), jej twórcza i znacząca obecność w polskim teatrze, współtworzenie przez nią jego historii, zobowiązuje i upoważnia do podjęcia decyzji o napisaniu biografii tej aktorki. Powinna powstać książka dokumentująca i opisująca jej role w teatrze, w Teatrze Telewizji, Polskim Radiu, także pracę pedagogiczną. Nadto: Zofia Mrozowska – piękna, elegancka, delikatna, nadmiarowo skromna dama polskiego teatru powinna mieć portret w słowie. Tak uważam i dlatego piszę biografię, inaczej: rzecz o Zofii Mrozowskiej, bo może ostatecznie się okazać, że to nie będzie biografia.
Książki o biografiach (interdyscyplinarność, teorie, metody badawcze w książce Anity Całek Biografia naukowa, od koncepcji do narracji, Kraków 2013, czy nasza instytutowa, pokonferencyjna publikacja Nowe biografie z 2012 roku, ze znakomitym tekstem Dariusza Kosińskiego!) na setkach stron mówią o obowiązkach biografów i konsekwencjach zajmowania się praktycznie tym gatunkiem literackim. Jest w czym wybierać. I jest w tych książkach wskazówka, że można biografie pisać po swojemu, i to jest kusząca podpowiedź.
Od pierwszej klasy szkoły podstawowej do matury uczyła się w warszawskiej prywatnej katolickiej szkole Zofii Wołowskiej. Jestem przekonana, że dom rodzinny i w ogromnym stopniu ta szkoła właśnie ukształtowały Mrozowską-człowieka.
Rocznik 1922, cywilni Kolumbowie, bez broni w ręku, ale często z podobnym do żołnierskiego lękiem o każdy dzień, każdy krok na warszawskiej ulicy, gdzie Mrozowska przeżyła drugą wojnę światową. Za dar od losu uważała konspiracyjne studia w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej. Aktorskiego zawodu uczyli ją Jadwiga Turowicz, Zofia Małynicz, Maria i Edmund Wiercińscy, Jan Kreczmar, Janina Mieczyńska, Stanisław Daczyński; koleżeństwo – Jadwiga Marso, Barbara Rachwalska, Ewa Szumańska, Zofia Książkówna, Stefan Strzałkowski, Danuta Wiłłowicz, Stanisława Łopuszańska, Andrzej Łapicki, Wieńczysław Gliński, Antonina Górecka, Krystyna Królikiewicz, Klemens Mielczarek, Jerzy Rakowiecki, Jerzy Tkaczyk, także ci, którzy wojny nie przeżyli, których nazwisk już nie wymienia się – oni na przekór tej wojnie, dawali sobie pozytywną energię, wiarę w człowieczeństwo, nadzieję, niezwykły kapitał zawodowy i ludzki na przyszłość.
Wchodzili do zawodowego teatru tuż po zakończeniu wojny i nią naznaczeni na zawsze, możliwość pracy w teatrze była dla nich nadzwyczajnym darem, szanowali ją, dawali z siebie wszystko, co najlepsze – takie pokolenie.
Jej pierwszym teatrem, z którym podpisała angaż był Teatr Wojska Polskiego, z nim przebyła drogę (rok 1945!) z Krakowa do Łodzi, po dwóch sezonach weszła do zespołu łódzkiego Teatru Kameralnego Domu Żołnierza Michała Meliny i Erwina Axera, a od 1949 roku całe zawodowe życie Zofia Mrozowska poświęciła jednemu teatrowi: Teatrowi Współczesnemu w Warszawie pod dyrekcją Erwina Axera i krótko Macieja Englerta. Lojalna, pracowita, zdyscyplinowana, punktualna, sezonem po sezonie, rolą za rolą, do roku 1983 współtworzyła historię Teatru Współczesnego, sukcesy w najlepszych latach, a w tych nieco gorszych nie opuściła tej sceny.
Zmarła przedwcześnie, przeżyła zaledwie sześćdziesiąt jeden lat, umierała w niewyobrażalnych cierpieniach na chorobę nowotworową. To chyba wtedy, w łagodnych chwilach bez bólu, patrząc wstecz zobaczyła, jak wobec potęgi nieuleczalnej choroby mgłą zachodzą przeszłe lata, role, przedstawienia, scena, życie. Jak staje się to mikre, nieważne, traci sens, jest niczym. I poleciła wyrzucić wszystko, co na swój temat zgromadziła w domowym archiwum, choć nie używała tego terminu, był zbyt poważny, zbyt instytucjonalny dla jej kolekcji. Opowiadała mi Maria Wosiek ze „Słownika biograficznego teatru polskiego”, że zdjęcia z przedstawień Mrozowskiej leżące na śmietniku budziły litość i gniew.
Spełnienie tego polecenia sprawiło, że nie mam po Zofii Mrozowskiej „behemotów” wypełnionych dokumentami, pamiątkami, notatkami, kalendarzykami, wycinkami z gazet, zdjęciami, recenzjami, rachunkami, bilecikami, listami. Brak tych ostatnich wiąże się z niechęcią Mrozowskiej do pisania, rejestrowania przeżyć. Nie prowadziła pamiętnika, dziennika, nie pisała obszernych wspomnień, choć z tych, które można znaleźć, widać, że umiała to robić. Zachowane listy czy kartki pocztowe da się policzyć nie przekraczając dziesiątki. Wiedziona nakazem prawdziwej przyjaźni korespondowała z wygnanym z Polski w 1968 roku Adamem Tarnem. A wiemy o tym z kilku listów, które Tarn wysyłał do Zofii, z jego komentarzy, pytań można domyślić się, o czym do siebie pisali. Te od Tarna zachowała, powierzyła redakcji „Dialogu”, który je opublikował – i tak ocalały. Podobnie listy do Zofii pisane z zagranicy przez Axera, zachowały się dlatego, że w jednym z nich prosił o ich zachowanie, bo przydadzą się mu do pisania artykułów o pracy w obcych teatrach – taka metoda praktycznego połączenia w jedno należącej do dobrego tonu korespondencji z bliską osobą z przygotowywaniem materiału do pracy literackiej. Gdy wracał do Warszawy swoje listy odzyskiwał.
Podczas pierwszych prób Trzech sióstr Czechowa (1963), gdy było ciekawie, tajemniczo i niezwykle, Zofia Mrozowska postanowiła notować wszystko to, co dzieje się na etapie prób czytanych, co kto ma do powiedzenia, jak widzi swoją rolę, a jak reżyser przyszłe przedstawienie, etc., etc., ale tak się nie stało, pomysł zarzuciła.
W udzielanych wywiadach była mistrzynią krótkich odpowiedzi, powściągliwego mówienia o sobie, wolała poruszać temat pracy w teatrze, a jej słowa mogły być weryfikowane w granych przez nią rolach.
Jest więc skromnie, ale nie beznadziejnie.
Zofia Mrozowska nie żyje, jej dzieje dokonały się, jej zbyt krótki dzień zakończył się zmierzchem i „sowa Minerwy” może wylecieć.
Wspomnienia, relacje, pamiętniki, opowieści, świadectwa osób trzecich, czyli „świadków epoki”.
„Łże jak naoczny świadek” – ten stary bon mot doświadczonych prawników często daje się zastosować do wspomnień i powinien być jak memento, choćby opowieść była porywająca, atrakcyjna, a informacje – sensacyjne. Nie urażając nikogo i żywiąc pełną szacunku wdzięczność dla moich rozmówców, zawsze uwzględniam wzloty i upadki ludzkiej pamięci – że zawodzi, jest nietrwała, selektywna, subiektywna, podatna na zmyślenia, sentyment, sugestie, upiększenia (lub odwrotnie), przekształcenia, emocje, nostalgię i że… bez wspomnień ani rusz.
Taki drobiazg: moja bohaterka pisze o swoim debiucie na profesjonalnej scenie, a było nim nagłe zastępstwo w roli Maryny (bagatelka!) w Weselu Wyspiańskiego granym w Katowicach, gdy Teatr Wojska Polskiego otrzymał rozkaz grania tam przedstawień. Katowice, 26 lutego 1945, całkiem wyraźnie słychać z oddali potężną frontową strzelaninę, ale teatr działa. Opowieść jest pełna przejęcia i bardzo dynamiczna: rano jedna próba, sytuacje, Woszczerowicz (reżyser), przegadanie tekstu, Kreczmar (partner, Poeta), przymiarka kostiumu, fryzura, makijaż, rekwizyt, czyli długa lufka z papierosem, ostatnie spojrzenie w lustro i – „wieczorem gramy!” Wszystko się zgadza, tylko nie „wieczór”. Przedstawienie grane było w południe, o godzinie 14:30, bo jeszcze tliła się wojna i wieczorem w Katowicach obowiązywała godzina policyjna. Jest na to dowód w postaci afisza przygotowanego na gościnne występy. Mrozowska ten afisz schowała na pamiątkę, bo po raz pierwszy zobaczyła wydrukowane swoje imię i nazwisko, po wielu latach szczęśliwie znalazł się w posiadaniu ś.p. Zuzanny Csató. Oprawiony w ramki wisiał na ścianie w jej pokoju, dostałam go w prezencie, oddałam do zbiorów Instytutu Teatralnego.
Znane, często przywoływane wspomnienie Heleny Modrzejewskiej, w którym aktorka opisuje pierwsze spotkanie z Janem Matejką, dające początek ich cennej znajomości, w oczywisty sposób stało się ważne dla obojga bohaterów tego zdarzenia. Jak nie wierzyć wielkiej artystce we wspomnienie, bogate w staranny opis sytuacji w przedsionku Biblioteki Jagiellońskiej, gdy pan Karol Estreicher przedstawił jej mistrza Matejkę? „Polowałam za rysunkiem odpowiedniego kostiumu” – pisze, a tu Matejko, Estreicher, oszołomienie i pąs na twarzy artystki, a potem Wincenty Rapacki jako posłaniec od mistrza z rysunkiem szukanego kostiumu. Piękne! Tylko nieprawdziwe, czego dowiodły później badania kustosza Biblioteki. Niezamierzona pułapka zastawiona na biografów Modrzejewskiej i Matejki, i Estreichera, i Rapackiego.
Dlatego najmniej chętnie czytam „biografie” aktorów złożone niemal wyłącznie ze wspomnień świadków, na dodatek dobieranych z dbałością o ocieplenie wizerunku głównego bohatera.
„Pamięć jest jak pies: kładzie się tam, gdzie jej wygodnie” – mówił poeta.
Ale czy potrzebna jest aptekarska precyzja w odtwarzaniu dziejów aktorek i aktorów, i innych, nawet gdy detektywistyczne śledztwo jest frapujące i daje fantastyczne, odkrywcze wyniki? Czy biograf może trochę zmyślać? Może. Ja zmyślam kilka rozmów mojej bohaterki. Prawdopodobieństwo, że się odbyły, i miały taki przebieg, jest wysokie.
Głównym przedmiotem mojej pracy jest twórczość sceniczna Zofii Mrozowskiej, role w teatrze i Teatrze Telewizji – od pierwszej, wspomnianej już Maryny do ostatniej, Kadidży w Parawanach Geneta, roli gościnnie próbowanej w Teatrze Studio w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego (premiera 19 grudnia 1982), ale przez Mrozowską nie zagranej, ponieważ bardzo zaawansowaną pracę, dwa tygodnie przed premierą, przerwała choroba aktorki. Między tymi dwiema rolami jest kawał historii polskiego teatru, wypełnionej przez Mrozowską właśnie. Jej praca z Juliuszem Osterwą (Stella w Fantazym), z Edmundem Wiercińskim (tytułowa Elektra w sztuce Giraudoux, znowu Stella), z Erwinem Axerem (m.in. Laura w Szklanej menażerii Williamsa, Ifigenia z dramatu Goethego, Elektra w Muchach Sartre’a, Emilka w Naszym mieście Wildera, Masza w Trzech siostrach Czechowa, Maria Stuart z dramatu Schillera), z Jerzym Kreczmarem, Konradem Swinarskim, Maciejem Englertem. Jej praca w Teatrze Telewizji (Głos ludzki, Cyd, Wilki w nocy, Ojciec, Asmodeusz, Andromacha…) Niektóre z nich widziałam, niektóre można obejrzeć w archiwum TVP.
Wszystkie można opisać.
Role, repertuar, historia, polityka, konteksty, reżyserzy, obsady, interpretacje, sezony bez premiery, zastępstwa, przydeptany egzemplarz, wybory, zadania, czułe życie w teatralnej garderobie – los aktorki. To ważna część biografii mojej bohaterki. Jej dopełnieniem jest prywatne życie Zofii Mrozowskiej. Tematy nie do rozdzielenia?
Jakiś czas temu jeden z ogólnopolskich kolorowych dzienników z redakcją w Warszawie opublikował artykuł o Zofii Mrozowskiej pod sensacyjnie brzmiącym tytułem dotyczącym jej prywatnego życia. Dalej było tylko gorzej. Dowiedziałam się od autora tekstu, że takie właśnie są oczekiwania czytelników gazety.
Ile wolno biografowi powiedzieć o życiu prywatnym swego bohatera?
Mam w dobrej pamięci książkę Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czyli Lilka Kossak, biografia poetki, napisaną przez Annę Nasiłowską. Właściwie jest to delikatna powieść, oparta na zdarzeniach z życia znanej poetki. „Moja książka jest przede wszystkim opowieścią” oznajmia autorka. Subtelna, chwilami dowcipna narracja prowadzi czytających przez życie poetki tak kruche, jak ona sama, tak bolesne, jak jej liryki o stracie. Autorka nie unika przywoływania przykrych sytuacji z życia tej niezwykłej kobiety, drastycznych opisów skutków choroby onkologicznej, ale do pisania o tych zdarzeniach brała słowa ze słownika odpowiedzialności, taktu, wrażliwości, zasad etyki, kultury osobistej, chroniąc swoją bohaterkę przed odsłanianiem tego, czego odsłaniać nie wypada, nie należy, nie wolno. Zapamiętałam z tej lektury i biorę dla siebie zdanie autorki: „Ale choćby mnie ktoś prosił, żebym opowiedziała o tym szczegółowo, odpowiem: Nie!” I nie chodzi tu o wstyd, zakłopotanie, zbyt mocną intymność, cenzurę – chodzi o przyzwoitość.
Za chwilę w swojej pracy, kończąc ją wreszcie, będę musiała odpowiedzieć sobie na pytanie czy chcę, a jeśli tak, to w jakim stopniu będę poruszać tematy z życia prywatnego aktorki, które można by całkowicie pominąć, narażając się jedynie na zarzut nie spełnienia warunków pełnej biografii. Pominąć? Pewności nie mam. Jeszcze nie mam.
Gdy jednak zdecyduję się pisać o osobistej sferze życia Zofii Mrozowskiej to wiem jedno: wejdę w jej świat w atłasowych prunelkach.