Raptularz
  • archiwum
  • podcasty
  • autorzy
  • pół serio
e-teatr
e-teatr

ISSN 2956-8609

z Martą Miłoszewską, Zdenką Pszczołowską i Katarzyną Sołtys
rozmawia Justyna Czarnota-Misztal

Lokalność to sposób patrzenia

04.09.2026

Justyna Czarnota-Misztal: Zaprosiłam Was do rozmowy o motywach lokalności w polskim teatrze, ponieważ w programie każdej z Was był to ważny punkt odniesienia. Macie różne motywacje do wykorzystania lokalności jako strategii repertuarowej, różne są też efekty jej wdrażania. Ciekawa jestem Waszych refleksji o relacji z instytucją i ze społecznością po pierwszym sezonie pracy dyrektorskiej. Jako kobiety o stabilnych pozycjach w środowisku kulturalnym dużych miast wybrałyście miejsca pracy – ale też życia – poza największymi ośrodkami teatralnymi. Z czym przyjechałyście do tych miejsc?

Katarzyna Sołtys, dyrektorka Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze | fot. Bernard Łętowski

Katarzyna Sołtys: Ja właściwie wróciłam do siebie: wychowałam się w Bolesławcu, studiowałam we Wrocławiu, potem pracowałam w różnych instytucjach kultury – choć akurat nie w teatrze – w Jeleniej Górze, w tym mieście zdobywałam pierwsze doświadczenia, także jako osoba zarządzająca. Przez ponad dziesięć lat mieszkałam w Warszawie, gdzie byłam dyrektorką Domu Kultury Praga. Zawsze czułam, że kiedyś zostanę dyrektorką teatru. Nie udało się w warszawskim Teatrze Lalka, na co nałożyły się prywatne życiowe zakręty, więc postanowiłam spróbować w miejscu, z którego pochodzę. I to właśnie w Jeleniej Górze znalazłam wymarzoną pracę – w instytucji, która, nie waham się powiedzieć, na dekadę została zapomniana przez środowisko, odsunięta na bok. Kiedy – pisząc aplikację konkursową – dzwoniłam do twórców i twórczyń, niejednokrotnie padało pytanie, czy ten teatr w ogóle jeszcze funkcjonuje, czy go nie zamknęli. Od roku, razem z Jankiem Czaplińskim i całym zespołem, intensywnie pracujemy nad ponownym włączeniem tego miejsca do teatralnego obiegu. W tym samym czasie zbudowałam od nowa swoje prywatne życie, co jest dla mnie bardzo ważne i jednocześnie wzruszające. 

Zdenka Pszczołowska, dyrektorka Nowego Teatru im. Witkacego w Słupsku | fot. Klaudia Krupa

Zdenka Pszczołowska: Pamiętam swój pierwszy kontakt z Słupskiem, przyjechałam na rozmowę do poprzedniego dyrektora, Dominika Nowaka. Wysiadłam z pociągu: dworzec w remoncie, a dalej urocze, stare kamienice, skwer, fontanna, wspaniała herbaciarnia. Nabrałam jeszcze większej ochoty, żeby zrobić tu spektakl. Obejrzałam wtedy Alicję w Krainie Czarów Wojciecha Kościelniaka. Akurat trafiłam na urodziny jednej z aktorek. Od razu poczułam się nieobca. Późniejsza współpraca z zespołem przy Małym księciu była świetna, wręcz wymarzona. W tym czasie ogłoszono drugi konkurs na dyrektora – pierwszy pozostał nierozstrzygnięty – przegadałam sytuację z moją osobą partnerską, zanalizowałam swoje doświadczenie i pomyślałam, że zaryzykuję, a zacznę się martwić, jeśli wygram. Nie liczyłam na to, co chyba zadziałało na korzyść, bo podczas rozmowy z komisją czułam się bardzo swobodnie, nie miałam nic do stracenia. Miałam za to na świeżo rozpoznane terytorium z perspektywy osoby, która poznaje teatr reżyserując w nim. Dzięki temu, już jako dyrektorka, mogłam usprawnić jakieś rzeczy w procesie realizacyjnym, bo zwyczajnie znałam go od środka. Cieszyłam się, że zespół artystyczny poznał mnie nie jako kandydatkę na dyrektorkę lecz jako współpracowniczkę, no i w konkursie miałam jego poparcie, co nie jest bez znaczenia. Poznałam też osoby pracujące w innych działach teatru, bo to mały zespół. Później oczywiście poznawałam je lepiej, także pracowników administracji, ale już na starcie miałam naprawdę solidne podstawy.

JCz-M: Marto, Ty z kolei ani nie jesteś z Gdyni, ani nie pracowałaś wcześniej w tym teatrze, prawda?

Marta Miłoszewska, dyrektorka Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni | fot. Karol Miłoszewski

Marta Miłoszewska: Tak, natomiast słyszałam o jego zespole bardzo dobre opinie. Zastanawiałam się wcześniej nad startem w konkursie na dyrekcję teatru w rodzinnym Olsztynie, ale ostatecznie się nie zdecydowałam. Niemniej czułam, że jestem gotowa, że to może być dla mnie fantastyczne wyzwanie. Przed startem musiałam uzyskać zgodę męża i syna, bo nie chciałam być dyrektorką z doskoku, a wygrana oznaczała przeprowadzkę. Mój syn szedł do liceum, więc to jego akceptacja była kluczową kwestią. Na ogół mam dużo dystansu do siebie i rzeczywistości, autoironizuję, bagatelizuję, ale akurat o tym nauczyłam się mówić bardzo poważnie, bezwstydnie podkreślając powagę decyzji: dla tej pracy całkowicie przeorganizowałam życie moje i mojej rodziny. Do samego konkursu przygotowałam się bardzo solidnie. Przez kilka miesięcy jedną nogą mieszkałam w Gdyni, żeby się spotykać, rozmawiać, słuchać, oglądać, ponieważ chciałam wiedzieć o Teatrze Miejskim i Gdyni jak najwięcej. Przygotowałam przemyślaną koncepcję sprofilowaną pod ten konkretny teatr i jego warunki. W zeszłym roku był to chyba najmocniej obsadzony konkurs, przystąpiło do niego aż 14 osób, wygrałam go więc z dość mocnym mandatem.

JCz-M: Kasiu – Ty znałaś miasto, przed laty byłaś związana z tutejszym środowiskiem kulturalnym. Marto – Ty, podczas przygotowań do konkursu, włożyłaś mnóstwo pracy w poznawanie trójmiejskiej rzeczywistości… 

MM: Wejdę Ci w słowo. Kiedy tu zamieszkałam, z dnia na dzień oduczyłam się używać słowa Trójmiasto – coś takiego nie istnieje. Są trzy zupełnie różne miasta, przepływ między nimi jest zaskakująco ograniczony. Gdynia organizuje regularne spotkania dyrektorów instytucji kultury z dyrektorem zarządzającym do spraw kultury oraz urzędnikami Wydziału Kultury. Znamy się, wymieniamy informacje na bieżąco, bierzemy udział we wspólnych inicjatywach. Nie mamy natomiast wspólnego trójmiejskiego kalendarza – bardzo tego żałuję, taka systemowa zmiana służyłaby wzmocnieniu tego lokalnego ekosystemu kultury.

JCz-M: Jasne, czyli w budowaniu sieci kontaktów wspierają Cię również władze miasta.

MM: Tak. Dodam, że zostałam wspaniale przyjęta przez inne osoby zarządzające instytucjami kultury. Nawiązaliśmy już na przykład współpracę z Gdyńskim Centrum Filmowym i z Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych. Z Teatrem Muzycznym korzystamy wspólnie z tzw. Domu Aktora – miejsca, w którym mieszkają nasi aktorzy i pracownicy. Z kolei żaglowiec Dar Pomorza, na którym mamy scenę, należy do Narodowego Muzeum Morskiego, z którym również mamy świetne relacje.

KS: To, co mówi Marta o wzajemnym „widzeniu się” instytucji jest bardzo ważne. W Jeleniej Górze Zdrojowy Teatr Animacji też ma nowego dyrektora, Andrzeja Bartnikowskiego. Chyba pierwszy raz w historii obu scen (powinnam powiedzieć „dwóch teatrów”, bo kiedyś te sceny były włączone w strukturę jednego teatru) zaczynamy ze sobą rozmawiać, ustalać daty premier, żeby się uzupełniać, a nie konkurować. W przyszłym roku w czerwcu odbędzie się przegląd spektakli przygotowanych w czasie naszych dyrekcji. Chcemy zaprosić krytyków i krytyczki teatralne, bo na co dzień z Jelenią Górą raczej nikomu nie jest po drodze.

ZP: Do Słupska też jest daleko! Ogromnie trudno ściągnąć do nas ogólnopolskie media. Wracając do kwestii budowania lokalnych sieci współpracy – dla mnie kluczową partnerką jest moja zastępczyni, Agata Pietruszewska, przez lata związana z różnymi instytucjami kulturalnymi w Słupsku. Agata świetnie zna miasto, jest ceniona w środowisku, ma dużo życzliwych relacji zawodowych, które możemy teraz wspólnie wspaniale rozwijać. W pierwszych miesiącach mojej pracy spotykałam się nie tylko z osobami pracującymi w instytucjach kultury, ale też z różnymi osobami ze struktur miejskich, z lokalnego środowiska w ogóle. Niedawno odbył się spacer performatywny przygotowany we współpracy z Centrum Informacji Turystycznej, który reżyserowała Weronika Zajkowska. Trasa prowadziła m.in. przez Basztę Czarownic, czyli jedną z filii Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej i przez Muzeum Pomorza Środkowego. Nawiązałyśmy współpracę z Wydziałem Zdrowia, z właścicielami hoteli, restauracji, kawiarni, centrum rehabilitacyjnego… Teraz rozpoczynamy współpracę ze schroniskiem dla zwierząt. Zależy mi, żeby zdecydowanie zerwać ze stereotypem dyrektora, który siedzi gdzieś na wieży i jest niedostępny. Ten sezon odbywał się pod hasłem „blisko”; skupiałam się na tym, żeby być blisko ludzi – nie tylko teatralnie, ale również osobiście. Powołałam przy naszym teatrze performatywny chór społeczny, chodziłam na jego próby.

Inauguracja działalności Chóru Słupszczan, Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku, 1.02.2026
fot. Kamila Rauf-Guzińska | Nowy Teatr im. Witkacego w Słupsku

JCz-M: Mówicie o networkingu z różnymi miejskimi podmiotami – a jak z Waszej perspektywy działają lokalne sieci teatralne? Istnieje w ogóle takie pojęcie?

ZP: Słupsk regularnie wymieniał spektakle z Koszalinem, oni grali u nas, my – u nich. Wymiany dotyczyły głównie repertuaru farsowego, a to jest kierunek, którego nie chcę rozwijać. Marta Miłoszewska rzuciła świetny pomysł autobusu, który obwoziłby po Pomorzu nasz wspólny spektakl. Zobaczymy, czy uda nam się go zrealizować. Wraz z wiecedyrektorką Agatą Pietruszewską jesteśmy członkiniami Ławicy Kultury, łączącej osoby dyrektorskie z Pomorza. Różne kwestie konsultuję regionalnie – o stawkach aktorskich rozmawiałam z Adamem Orzechowskim, dyrektorem Teatru Wybrzeże. Osobnym rozdziałem są koprodukcje, to był ważny punkt w moim programie; współpracujemy z Teatrem Polskim w Bydgoszczy, prowadzimy też luźne rozmowy z Teatrem Współczesnym w Szczecinie, być może sfinalizują się przy okazji spektaklu w reżyserii Michała Buszewicza. Chcę, by nasi aktorzy mieli możliwość częstszego grania. Ze względu na liczbę mieszkańców, słupska widownia szybko się wyczerpuje. Nie zrażam się tym i nie zdejmuję tytułów z afisza, prowadzę aktywną politykę rozwoju publiczności. Mamy widzów nie tylko ze Słupska, także z Ustki i innych gmin ościennych, a nawet z bardziej oddalonych miejscowości. Na tym mi zależy, żeby ściągać do teatru coraz więcej mieszkańców regionu.

KS: W kontekście wypowiedzi Zdenki przypomnę: Jelenia Góra ma 74 000 mieszkańców, Słupsk – 84 000, a Gdynia około 238 000. Widownia Teatru im. Norwida ma ok. 460 miejsc (z dwoma balkonami), to gigantyczny teatr jak na tak małe miasto. A więc turyści czy w ogóle przyjezdni są dla nas kluczowi, bo uzupełniają naszą widownię. Mamy sprzymierzeńców w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego, z dyrektorką Izą Kurc na czele. Spotkałyśmy się niedawno na kawie; Iza rzuciła pomysł, żeby podjąć współpracę z Kolejami Dolnośląskimi, która połączyłby regionalne teatry poprzez przygotowanie specjalnej oferty dla turystyki teatralnej.

JCz-M: Na Dolnym Śląsku byłoby to naprawdę zasadne!

KS: Tak! Naszym najbliższym sąsiadem jest Wałbrzych ze wspaniałą tradycją teatralną ostatnich lat. Sebastian Majewski przyjął mnie zresztą bardzo serdecznie, z otwartym sercem, otoczył szczególną opieką. Zazdroszczę mu marki i stabilnych warunków: jest w dosyć dobrej kondycji finansowej, ma zbudowaną widownię. Z przyjemnością jeżdżę tam na premiery. Trochę mniejszy kontakt mam z Łukaszem Czujem w Legnicy – dla niego to również pierwszy sezon teatralny, więc to jasne, że skupia się na nim. Przejął teatr po legendzie – Jacku Głombie, z zaciekawieniem obserwuję, jak odnajduje się w tej sytuacji. No i oczywiście jest Wrocław. Duży ośrodek. Podpatruję, co robi Michał Zadara, omawiamy wspólnie niektóre wyzwania. Skończyłam szkołę teatralną we Wrocławiu i bardzo mi zależy, żeby rozpocząć współpracę z Wydziałem Reżyserii na AST – mam nadzieję, że uda się to w przyszłym sezonie.

Nasza dolnośląska tradycja teatralna to dla mnie kopalnia wiedzy i doświadczenia, z której bardzo lubię korzystać, zastanawiam się, co mogę zaimplementować w naszym teatrze. Jest w tym także element zdrowej konkurencji. Interesujące możliwości otwiera sąsiedztwo Görlitz/Zittau, przygranicznej miejscowości prowadzącej teatr, do którego przychodzi polska widownia. Graliśmy tam w tym roku, myślę o podjęciu długofalowej współpracy. Powiedzieli: OK, ale dopiero za dwa lata, bo mamy harmonogramy i zabezpieczone pieniądze na najbliższe produkcje. Prawdę mówiąc zazdroszczę im tego spokoju i zasady, że kiedy nowy dyrektor przejmuje stery, przez rok pracuje z poprzednikiem. Wtedy nie ma ryzyka trybu „ratuj się kto może”, jest za to szansa zaplanowania prawdziwego rozwoju.

MM: Tak, bardzo mi przeszkadza, że w Polsce brakuje prostych, systemowych rozwiązań dla gruntowania pamięci i wiedzy instytucjonalnej. Często znika razem z odchodzącym dyrektorem. Brakuje nam procedur gwarantujących ciągłość instytucjonalną, jak choćby tzw. cyfrowe sejfy z dostępami, hasłami, kodami do platform cyfrowych i internetowych. Musiałam poświęcić ogrom czasu na odnajdywanie, odzyskiwanie, odtwarzanie, ustanawianie dostępów do systemów, bez których teatr nie może funkcjonować. Jeżeli uda się znaleźć sposób na wbudowanie zasad i procedur w sposób funkcjonowania instytucji, to każdy następcą będzie miał po prostu łatwiej. To będzie ogromna oszczędność pracy, energii i czasu.

ZP: Ja miałam bardzo komfortową sytuację. Poprzednik, Dominik Nowak, wprowadził mnie we wszystkie sprawy, bo zależało mu na teatrze, nadal mogę liczyć na jego rady i wsparcie; zostawił teatr w bardzo dobrym stanie, budynek jest nowy, czysty, ładny, nie muszę zbyt wiele uwagi poświęcać infrastrukturze. To wielka wygoda. Wciąż nie udało mi się uruchomić kawiarni, a to moje wielkie marzenie i mamy na to przestrzeń.

KS: Dla mnie infrastruktura jest ogromnym wyzwaniem: komputery sprzed dziesięciu lat, braki w systemie IT. Część sprzętu uda się zakupić w ramach grantu z programu Feniks. Budynek teatru pochodzi z 1904 roku, ma status zabytku, co oznacza bardzo wysokie koszty utrzymania. Kiedy zimą psuły się kaloryfery, naprawdę czułam grozę…

ZP: A my właśnie odmalowujemy niektóre sale, bo zalało nas w okresie zimowo-wiosennym. Takie sytuacje się zdarzają i choć są lekko destabilizujące, to jednak nie niemożliwe do okiełznania.

MM: Teatr Miejski, jak mówi nasz radca prawny, dożywa swojego celu budowlanego. Dla mnie ten rok był rokiem kilku kontroli, które traktuję jako formę audytu. Od razu wszystko referuję miastu, żebyśmy mieli świadomość, w jakim miejscu realnie jesteśmy. Niedawno odbyło się pierwsze robocze spotkanie zespołu do sprawie nowej siedziby teatru. Bardzo liczę na efekty jego pracy, wszyscy w Teatrze na to liczymy. W moim pierwszym sezonie artystycznym zaskoczył mnie ogrom pracy administracyjnej i konieczność wprowadzenia elementarnych modernizacji, setki mniejszych i większych problemów do rozwiązywania, często w trybie nagłym. Przykładowo, pierwszego dnia pracy dowiedziałam się, że teatr bezumownie korzystał z głównego magazynu. Co do infrastruktury cyfrowej – częściowo działaliśmy, najdelikatniej mówiąc, w standardach poprzedniego dziesięciolecia. Brakowało podstawowego sprzętu komputerowego dla pracowników, część oprogramowania nie była już wspierana. Musieliśmy wprowadzić najprostsze, zdawałoby się, najbardziej oczywiste rozwiązania: profesjonalny system operacyjny i pakiety Office, obowiązkowe służbowe adresy mailowe dla wszystkich pracowników, profesjonalne oprogramowanie pocztowe, zmodernizować program księgowy. Brakowało stanowisk pracy, a istniejące nie były należycie wyposażone, choćby w spełniające normy BHP krzesła dla pracowników pionu administracyjno-biurowego. Z moją zastępczynią, Katarzyną Renes, rozwiązałyśmy ogromny problem z ZAiKSem – w wyniku kontroli, która została przeprowadzona zanim zostałam dyrektorką (nikt mi nie przekazał protokołu pokontrolnego), okazało się, że Teatr miał nieuporządkowane sprawy w zakresie praw autorskich i groziło mu nawet postępowanie sądowe. Wspólnie z ZAIKS-em przez wiele miesięcy rozplątywaliśmy ten odziedziczony, wieloletni węzeł gordyjski. Odpukać, z sukcesem. W międzyczasie dała o sobie znać przez lata nieremontowana kanalizacja… Po tym pierwszym roku mogę nie bez satysfakcji powiedzieć, że mam już ekspercką wiedzę o naszym teatrze w bardzo wielu, nieraz zaskakujących aspektach…

JCz-M: Dzięki, że o tym opowiadacie – w dyskursie publicznym rzadko zwraca się uwagę na ten aspekt pracy zarządczej. Pula spraw administracyjnych i organizacyjnych jest ogromna i bardzo różnorodna, a ich rozwiązywanie, rozwikływanie, naprawianie zajmuje gros czasu pracy dyrekcji. Bez wątpienia możliwości rozwoju artystycznego są nieporównanie większe, kiedy masz sprawną infrastrukturę niż kiedy twoją główną troską jest walący się budynek. Przesadzam, ale wiecie, co mi chodzi.

ZP: Szczerze mówiąc nie wiem, czy podjęłabym się zarządzania miejscem, które trzeba postawić na nowo…

JCz-M: Tymczasem niezależnie od punktu, z którego startujesz, i trudności, z którymi się mierzysz, jako dyrektorka teatru oceniana jesteś przez pryzmat sukcesów artystycznych. Teraz jednak chciałabym przyjrzeć się Waszemu myśleniu o aspekcie lokalności w kontekście repertuaru. Tematy lokalne są intensywnie obecne na polskich scenach; zaryzykuję twierdzenie, że w ostatnim dwudziestoleciu stały się jednym z wiodących nurtów. Czy ta strategia wydaje się Wam w istotna, jest Wam samym bliska? A może jest już na tyle zużyta, że chciałybyście od niej uciec (ale się nie da)? Zastanawiam się, jak to wygląda od strony praktycznej – szukanie lokalnych historii, postaci, wątków, wyczuwanie tak zwanego ducha miejsca, czasu…

ZP: Poprzedni dyrektor eksplorował tematy lokalne, osadzone w kontekście historycznym. Pamiętam, że podczas naszej rozmowy wręcz odradzał realizacje o tematyce lokalnej, bo wcześniej w takie tematy zainwestował bardzo wiele energii. Powstały m.in. Trina. Niech nie gaśnie nigdy Mariusza Gołosza w reżyserii Iwo Vedrala o Katarzynie Zimmermann, ostatniej spalonej na stosie pomorskiej czarownicy, Mały Paryż Michała Tramera w reżyserii Dominika Nowaka o historii Słupska czy Stolp. Dzień kobiet Olgi Żukowicz w reżyserii Julii Mark, skupiony na kobietach i ich lokalnej tożsamości, przypominający o niemieckich korzeniach miasta. Widzę, że publiczność nadal jest zainteresowana wątkami lokalnymi, ale proponuję nieco inne podejście. Myślę o lokalności nie jako o temacie, ale – powiedziałabym – bardziej jako o sposobie patrzenia. Realizujemy spektakle, które mają korespondować z hasłami linii kuratorskiej – w ubiegłym sezonie było to „blisko”, następna będzie „sprawiedliwość/odpowiedzialność”. Nie wykluczam tematów lokalnych jako takich. Wkrótce Kalina Jagoda Dębska w ramach stypendium twórczego przygotuje spektakl o mniejszości kolumbijskiej w Słupsku, bardzo licznej. Nawiasem, nasze spektakle nie mają hiszpańskich napisów, taka realizacja będzie impulsem do zmiany. Pamela Leończyk zrealizuje u nas spektakl na podstawie tekstu Darii Sobik o sprzątaczkach, które okradają swoich zamożnych pracodawców. Nie jest to stricte słupski temat, ale przy okazji zadamy pytanie, kim są ludzie, którzy sprzątają słupskie mieszkania.

Lwią częścią naszej działalności, w którą chcemy na pewno dalej inwestować, jest budowanie i integrowanie społeczności wokół instytucji. Prowadzimy regularne zajęcia dla młodzieży i dla seniorów, w ich trakcie uczestnicy przygotowują spektakle, które mają oficjalne, profesjonalne premiery. Wspominałam już o Chórze Słupszczan. Marzy mi się powołanie nieformalnego klubu młodzieżowego, miejsca, w którym młodzi ludzie mogą rozmawiać o teatrze i innych ważnych dla nich sprawach, szkoła nie zawsze zaspokaja te potrzeby. Oczywiście klub działałby bezpłatnie.

MM: Dla mnie sposób myślenia o lokalności wyznaczył mój spektakl Warmia i Mazury. Ballada o miłości na podstawie tekstu Beaty Szady Warmia i Mazury. Wieczny początek, który zrealizowałam w rodzinnym Olsztynie, na początku dyrekcji Pawła Dobrowolskiego w Teatrze im. Stefana Jaracza. Ten spektakl grany jest do dziś (już trzeci rok), również w mniejszych miejscowościach, na przykład w ramach projektu Festiwal „Teatr Jaracza w Zabytkach Warmii i Mazur”. Niedawno byliśmy z nim w Dobrym Mieście, graliśmy w starej poniemieckiej stodole. Dla mnie to ważne, fantastyczne przeżycie, wnoszące wspaniałą dynamikę i energię; takie spotkania dotykają korzeni teatru.

Spodobało mi się, jak mocno Paweł wpisał lokalności – również w perspektywie historycznej – w swój program dla Teatru w Olsztynie, który nawet przemianował na Teatr Warmii i Mazur. Lokalność to ogromna studnia tematów, dlatego też wpisałam ją w koncepcję programową dla Gdyni. Już na etapie konkursu podkreślałam, że w nazwie Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza właśnie jego „miejskość” jest dla mnie najważniejsza. Teatr Miejski – co to znaczy? Nie mieszczański, ale dla mieszkańców – żeby każdy i każda znaleźli w ofercie coś dla siebie. Teatr Miejski w Gdyni prowadzi również sceny poza swoją główną siedzibą – Scenę Letnią na plaży w Orłowie i scenę na Darze Pomorza. Na co dzień wychodzimy w miasto, do ludzi. 

W moim pierwszym sezonie, dwie spośród czterech premier podejmowały tematy lokalne. Pierwsza to spektakl jubileuszowy, bo Gdynia w tym roku obchodzi swoje stulecie. To adaptacja kontrowersyjnego reportażu Gdynia. Pierwsza w Polsce Aleksandry Boćkowskiej, który jest czułym, ale momentami gorzkim rozliczeniem się z historią i współczesnością miasta. Nauczona własnym olsztyńskim doświadczeniem, szukałam reżyserki bądź reżysera stąd, z Gdyni. Jestem z Olsztyna, tam się wychowałam, moja rodzina współtworzyła historię miasta – w związku z tym pewne rzeczy wolno mi było powiedzieć głośniej. Dlatego spektakl Gdynia. Fordewind wyreżyserowała Gdynianka, Daria Kopiec. Spektakl wzbudził wiele lokalnych dyskusji. Fordewind to bardzo szybki wiatr, kiedy wieje łatwo wywrócić łódkę, bo trudno wykonać zwrot i zmienić kurs. Drugi osadzony lokalnie spektakl to Batory. Transatlantyckie love story – śmiejemy się, że to gdyńska edycja Pożaru w burdelu. Spektakl został przygotowany przez Michała Walczaka na Scenę Letnią, opowiada historię przez pryzmat współczesnej Gdyni; i miasto, a przede wszystkim wielka legenda transatlantyku, który wypływał w świat z tutejszego portu, mają w nim swoje odzwierciedlenie.

W moje myślenie o teatrze wpisany jest jeszcze jeden wątek: Gdynia jako miasto była wielkim projektem dla Polski, włożono wiele starań w realizację koncepcji bardzo polskiego, nowoczesnego miasta. Pomyślałam, że dla Teatru Miejskiego takim projektem jest Gdyńska Nagroda Dramaturgiczna, za którą – podobnie jak za środowisko dramaturgiczne – czujemy się szczególnie odpowiedzialni. Chcemy się pozycjonować jako „dom polskiej dramaturgii”. Dlatego w mojej koncepcji programowej opieram się na polskiej dramaturgii, na polskiej literaturze i adaptacjach, na polskich autorach i autorkach, polskich dramatopisarzach i dramatopisarkach. Jest to oczywiście pewnego rodzaju ograniczenie, ale też szansa na zbudowanie wyjątkowej pozycji we współczesnym teatrze. Obecnie redefiniujemy zasady konkursu o Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną. Na przykład jedną z nagród będzie Nagroda Specjalna Teatru Miejskiego – możliwość realizacji jednego z pięciu finałowych tekstów w bieżącym albo następnym sezonie artystycznym. Powołujemy też Koalicję Teatrów dla Polskiej Dramaturgii – w jej skład wejdzie osiem dużych instytucji teatralnych z całej Polski, które podejmą to samo zobowiązanie. Powołanie Koalicji ogłosimy w październiku, na finałowej Gali GND.

KS: Przy programowaniu repertuaru Teatru im. Norwida wracałam do swojej działalności w Jeleniej Górze, przede wszystkich do czasów Piotra Jędrzejasa jako dyrektora, do jego spektaklu Każdemu Everest czy nieco wcześniejszej Miedzianki w reżyserii Łukasza Fijała, ale też do tekstu Szymona Bogacza i Zuzanny Bućko Hanno Reitsch kochamy Cię! / nienawidzimy Cię! (o pochodzącej z Jeleniej Góry pilotce Trzeciej Rzeszy, postaci dość niejednoznacznej), którego czytanie odbyło się w hangarze na Górze Szybowcowej, ale nigdy nie przerodziło się w spektakl. Mam wrażenie, że w następnych latach myślenie o teatralnym potencjale tych ziem zostało odłożone na bok, a dla mnie stanowi ważny punkt odniesienia, choćby dlatego, że w ramach programu Feniks, którego realizację przejęłam jako dyrektorka, zaplanowano premiery odnoszące się do Liczyrzepy, Ducha Gór – legendy karkonoskich podań. Pojawia się on w tekście Sławka Gortycha Schronisko, które przestało istnieć, którego premiera okazała się wielkim hitem naszego teatru. Kiedy wpisywałam realizację do programu, jako ukłon wobec tego, co rodzime, nie miałam bladego pojęcia, co wydarzy się potem. Dosłownie chwilę po rozpoczęciu prób książki Sławka stały się bestsellerami, zaczęły zdobywać nagrody literackie – powstała właśnie piąta cześć powieści, Święto Karkonoszy, planowana jest produkcja filmowa. Zanim powstał spektakl wyprzedaliśmy wszystkie bilety. Tytuł jest atrakcyjny również dla osób z zewnątrz, przyjeżdżają na niego wielbiciele kryminałów, turyści z Polski, który odwiedzają Karkonosze. Na przełomie kwietnia i czerwca zagraliśmy 19 spektakli, teraz gramy od ostatniego tygodnia sierpnia. Mamy sprzedażowy hit, toczy się wiele dyskusji o książce, pojawiają się głosy krytyczne. Przedstawienie żyje.

Myślę, że to ważne, by mówić o Jeleniej Górze, o jej zasobach, o ludziach, którzy tu mieszkali, mieszkają, którzy mają jakieś pasje. Świetnym przykładem jest choćby spektakl Ruda w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego, zrealizowany przez Teatr Telewizji. W główną rolę Małgorzaty Sarzyńskiej, naszej jeleniogórskiej malarki, wciela się jej córka – Olga Sarzyńska. Spektakl okazał się telewizyjnym hitem, ludzie byli dumni, że jego bohaterką jest Jeleniogórzanka. W październiku planujemy pokaz spektaklu i spotkanie twórcami w ramach 53. Jeleniogórskich Spotkań Teatralnych. 

Ważne są dla mnie również trudniejsze lokalne wątki – np. niedawna historia Danusi, która została zamordowana przez swoją rówieśniczkę. Zadaję sobie pytanie, czy ta historia może nas, jako mieszkańców, czegoś nauczyć i czy teatr może w tym pośredniczyć. Zainicjowaliśmy już współpracę z kolektywem Dobro – ekipą bardzo świadomych rodziców. Na razie zrealizowaliśmy cykl szkoleń o wychowywaniu dzieci. Spotkania w teatrze cieszyły się ogromnym zainteresowaniem.

Ostatnią kwestią, o której chcę powiedzieć, jest lokalna tradycja naszego teatru. Mam na myśli Alinę Obidniak. Czasem ktoś mnie pyta, czy będę drugą Aliną. Odpowiadam wtedy, że raczej pierwszą Katarzyną; ale tak poważnie, to dziedzictwo jest dla mnie istotnym punktem odniesienia. Teraz na przykład zastanawiamy się, co to znaczy mieć jako patrona Cypriana Norwida. Alinie na tym ogromnie zależało, przez ponad rok starała się o zgodę na nadanie teatrowi jego imienia, ale minęło ponad 50 lat i chcemy wiedzieć, czym ten gest jest teraz. Rzecz jasna rozważamy to teatralnie – realizujemy tekst Janka Czaplińskiego Norwid superstar. Nigdy mnie nie pochowacie w reżyserii Anety Groszyńskiej.

JCz-M: Wykonujecie świetną robotę, bardzo obciążającą psychicznie, pochłaniającą o wiele czasu więcej niż standardowy etat. To ważne pamiętać, jak pożytecznym narzędziem jest networking, jak ważne jest, by ze sobą rozmawiać, żeby się znać, żeby mieć ze sobą kontakt, a przede wszystkim – żeby się wymieniać doświadczeniami i wiedzą. Dziękuję za tę rozmowę – mam nadzieję, że nie tylko pozwoli Was lepiej poznać, ale też może stać się inspiracją dla innych osób zarządzających instytucjami kultury i tych, które przygotowują się do tej funkcji.

121

Strategia: lokalność

Czytaj również:

  • Integrator sceny i widowni
    04.09.2026
  • Chatka rediviva
    04.09.2026
  • Żeby domy były domem
    04.09.2026
Raptularz

ISSN 2956-8609

Wydawca

Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
ul. Jazdów 1
00-467 Warszawa

www.instytut-teatralny.pl

Redakcja

kolegium w składzie:
Grzegorz Kondrasiuk, Małgorzata Piekutowa,
Michał Smolis, Maryla Zielińska (do 31.12.2024)

raptularz@instytut-teatralny.org

współpracują:
Michał Januszaniec, Dorota Kołodziejczyk,
Alicja Borowiec