Raptularz
  • archiwum
  • podcasty
  • autorzy
  • pół serio
e-teatr
e-teatr

ISSN 2956-8609

Izolda Kiec

Joanna Kołaczkowska, czyli kabaretowe maskarady i porady Hrabiny Pączek

31.10.2025

„Świat się nie kończy, więc poproszę o więcej”1

Nieskończony jest świat Joanny Kołaczkowskiej (1966–2025). Rozpięty pomiędzy zielonogórskim zagłębiem kabaretowym skupionym w legendarnym klubie Gęba, wytwórnią A’Yoy, krakowską PAKĄ, rodzinką Spadkobierców, Wytwórnią Dźwięków Trrrt… występami i programami Drugiego Garnituru, Potemów i Hrabi… kreacjami Żuliety, Elki, Dorin Owens, Pani Zerżniewskiej, Porucznik Jagody Hyc, Hrabiny Pączek… Pomiędzy improwizacją rodem z najlepszych kabaretowych tradycji a precyzyjną dekonstrukcją wszystkich tych wampów, kobiet fatalnych, Lolitek, blondyn, heter i bab, zaludniających kabaretowe sceny począwszy od perwersyjnej Maryi Delvard na scenie monachijskich Jedenastu Katów u progu ubiegłego wieku i pierwszych kabaretowych cross-dressing, odnotowanych dekadę później w kabaretach wiedeńskich.

Joanna Kołaczkowska | fot. Oficjalny profil Kabaretu Hrabi, facebook.com

Przede wszystkim jednak świat Joanny Kołaczkowskiej gnieździ się gdzieś pomiędzy wrażliwością, nieśmiałością, potrzebą akceptacji a obawą przed cudzym wzrokiem, nazbyt surową być może oceną publiczności. Bo tutaj – w kabarecie, blisko widza, bez czwartej teatralnej ściany, a nawet bez wyraźnego podziału przestrzeni spotkania na scenę i widownię – zobaczyć i usłyszeć można znacznie więcej aniżeli z głębi i z wysoka tradycyjnej konstrukcji pudełkowej: delikatne drżenie głosu i rąk, wahanie w tańcu, uśmiech mimo czającego się w spojrzeniu cierpienia. „Najczęściej potrzebowałam chowania się za kolegami i to mi zawsze wychodziło. W Potemach tak było… prosiłam Władka [Sikorę]: «piosenka tak, ale zrób chórki, tak, żeby ludzie na mnie nie patrzyli»” – wspominała doświadczona artystka w wywiadzie z 2020 roku2, wtedy, gdy miała już własne sposoby oswajania scenicznego lęku za pomocą maskarady i porozumienie z publicznością, które na użytek tego tekstu nazwę poradniczym. Była już wtedy ikoną i legendą polskiego kabaretu. Miała swoje imię i markę: Aśka.

Maskarady
Weselny Potwór w obcisłej panterce śpiewa i tańczy, zarzuca spadającymi na twarz blond włosami, przeszywa zabójczym wzrokiem, słania się na parkiecie jak lwica. Mężczyzn wlecze u swoich stóp jak zabawki, stawiającym opór grozi śmiercią, którą wieszczy pejcz zrobiony naprędce z krawata. „Ja jestem wamp? Kobieta zwierz? Gdy skończę pożrę ich mniam-mniam?”3 Nie, nic z tego, to ciocia Ela spełnia swoje pasje i marzenia. Podczas rodzinnej weselnej uroczystości daje upust fantazjom drzemiącej gdzieś w głębi jej uwięzionej w codzienności natury femme fatale4. Joanna Kołaczkowska doskonale o tym wie, dlatego dekonstruując kreacje kabaretowych wampów, odsłania skrywane głęboko pragnienia sobie podobnych kobiet, które zasiadają na widowni i być może po raz pierwszy w życiu czują, że należą do wspólnoty marzycielek – nieudacznych i niezdarnych księgowych sztuki. Bo przecież mocny makijaż się rozpływa, rozpadająca się fryzura odsłania odrosty i schodzącą trwałą, obcisły kostium ujawnia niedostatki figury, a kolczyk, który nie miał dynksa do zapinania i trzymał się ucha dzięki zagiętemu drucikowi, spada na ziemię i bezużyteczny ląduje w kieszeni… Weselny Potwór przekształca się w uśmiechniętą Aśkę, która inscenizuje nasze codzienne maskarady odgrywane przed lustrem, w samotności, z potrzeby sprostania społecznym oczekiwaniom albo intymnym skrytym pragnieniom.

Dalej artystka opowiada o tym, jak powstają jej piosenki, z własnego doświadczenia, ze wspomnień, ale i ze słów mamy, bo „ona jest kosmitką, dostarczycielką takich opowieści, takich tekstów, że ja po prostu tylko cytuję teksty mojej mamy”5. Mówi dokładnie tak, jak my mówimy, czasem podnosząc głos i zapominając słów z emocji, czasem mamrocząc pod nosem, połykając sylaby, tworząc zadziwiające neologizmy albo nadużywając „hmm”, „no, wiesz”, „tentego”. Wspomaga się mimiką oraz gestykulacją. I rekwizytem, który, pod nieobecność kolegów z zespołu, spełnia przede wszystkim funkcję zasłony. Kołaczkowska chowa się za instrumentami muzycznymi (nawet rzępoli na skrzypcach w piosence Drewniane korale, choć nie ma pojęcia „jak się tam gra, tylko że się tym smyczkiem ciągnie”6), za podróżnym kuferkiem, za niedającą się złożyć parasolką. Z pasją opowiada o tym, co znajduje się w damskiej torebce, przy czym zasłania się kolejnym i kolejnym rekwizytem. Powstaje w ten sposób oryginalna – kołaczkowska – kabaretowa scenografia, coś jakby rekwizyt w rekwizycie. Na stole piętrzą się zatem wydobywane kolejno z torebki: szpachel (do wygładzania), kombinerki (do depilacji z grubsza), klamra do włosów (tutaj: do łapania nadmiaru skóry na plecach), taśma wyciągnięta ze szpuli (czyli McCartney do słuchania przy malowaniu), centymetr (do aktualizacji danych), gumowa rękawiczka używana jako zestaw kieliszków, podkolanówki cieliste (na wypadek „gdybym się komuś za bardzo spodobała”), cebulka (do przyprawienia spontanicznego jedzenia), tutka (do odtrąbienia sukcesów), widelec (do zakrapiania oczu), welon (na sytuację, gdyby była sytuacja), tamburyn (na łupież: „jak leci łupież, to zagłuszam”), majtki męskie (w rozmiarze XL, żeby na każdego pasowały)… A wszystko to dla urody!7 Poza tym artystka chętnie opowiada o przyjaciółkach (na przykład o Baśce, którą porwał wichur), przede wszystkim jednak o mężczyznach – interesujących, choć ekscentrycznych (jak choćby ten, który nie nosi majtek), zaniedbanych (z krzaczorami na szyi), wreszcie o łajdakach przeklętych (tak się składa, że najczęściej imieniem Andrzej). 

Wydaje się więc, że walka płci, a nawet mizoandria, dominują pośród rozmaitych tematów podejmowanych przez kolejne bohaterki Joanny Kołaczkowskiej, lecz jakby przewrotnie, prześmiesznie, groteskowo, na opak. Hiperbolizacja problemu, spiętrzenie absurdu i towarzyszący im śmiech widowni (obojga płci) każą zapomnieć o walce, wściekłości i nienawiści. Zobaczyć osławione wojny kobiet z mężczyznami (i odwrotnie) jako kulturową maskaradę, która ujawnia pułapki egzystencji uplątanej w stereotypy, ideologię, brak wzajemnego szacunku, umiejętności słuchania, rozmowy i współodczuwania. Przecież wszyscy – niezależnie od płci, wieku, wykonywanego zawodu i drzemiącego w nas marzenia – potrzebujemy tego samego: potwierdzenia, że nie jesteśmy tak zupełnie sami i samotni w sposobie myślenia, postrzegania świata i w przestrzeni. Aśka dokładnie tak samo jak Krzysiek, którego szuka wśród publiczności i prosi, by z nią zaśpiewał o tym, co się w życiu nie udało. „Ja będę pytać: »Krzysiek, czy znasz to uczucie?« A ty mi odpowiesz: »Tak, bardzo«”8. Cóż z tego, że historie traktują o „kobiecych” rzekomo problemach, jak choćby ten: „nie udało mi się wyrwać Paula McCartneya”, więc „kto inny, ale nie ja, z McCartneyem zajdzie w ciążę”, albo ten: „zawsze gdy kupuję stanik, czuję w przymierzalni jakiś taki piersi zanik, a już w domu się nie mieszczę” – skoro Krzysiek też zna to uczucie! Tak, bardzo! Gdyż nie o detale tu chodzi, o „kobiecość” bądź „męskość” doświadczeń, a o bycie razem. I dzielenie się słowem, głosem, emocją, śmiechem. Wzruszeniem i marzeniami. Nieprzepracowaną traumą i niezabliźnioną raną. O odnajdywanie wspólnych punktów: dotyków, ukłuć, poruszeń, zapisanych w każdej pojedynczej pamięci, lokowanych w monotonii codzienności. Oswajanych śmiechem, przebieranką, rekwizytem, piosenką… Gdy w ostatniej strofie utworu Joanna Kołaczkowska śpiewa: „Nie udało mi się – występuję w tej spelunie, i się ludzie śmieją ze mnie”, a zaraz potem pyta: „Krzyśku, czy znasz to uczucie?”, „Ludzie, czy znacie to uczucie?”, zgodny chór głosów woła: „Tak, bardzo!”

Porady
Okazuje się, że piosenka, która miała zasłaniać („miała odciągać uwagę ode mnie”9 – jak mówi sama wykonawczyni), odkrywa anonimowych dotąd widzów i słuchaczy, ujawnia ich wyobrażenia o sobie, ich niespełnienia, pragnienia, porażki. Schowana za piosenką i za głosem publiczności Joanna Kołaczkowska pozostawia jednak w tym muzycznym dialogu z widownią maleńki okruch siebie, echo własnego dziewczęcego marzenia o karierze piosenkarki10. Nareszcie ma swój recital, choć przecież odbiegający od niegdysiejszych wyobrażeń, bo „w spelunie” i wśród śmiechu widowni, czyli… w kabarecie, ubogim krewnym „prawdziwej” sceny teatralnej. Posługując się tym razem imieniem Hrabina Pączek, Kołaczkowska demaskuje własny artystyczny wizerunek. No bo jak inaczej nazwać diwę zespołu Hrabi? I jak scharakteryzować kogoś, kto twierdzi, że Żółta sukienka – utwór o sukience, która nie mieści okrągłości przybierającego na wadze ciała – jest piosenką „która najlepiej mnie opisuje”11. Ten pełen ironii autoportret i komentarz do rodowego nazwiska: Chuda, jest także przewrotnym dialogiem z tradycją kabaretowej kobiecej piosenki, nawiązaniem do popularnych refrenów: „Bo ja się boję utyć i tu i tam…”12, „Po cholerę mnie ten tłuszcz…”13. Jest kolejną – kołaczkowską – maskaradą. Choć przecież jakaś, ta skrzętnie skrywana, część prawdy o wykonawczyni mieści się nie w słowach, nie w komentowaniu własnej figury i modowych oraz kulinarnych upodobań, lecz w pięknej melodii, w niezwykłym głosie, w przejmującej interpretacji każdej nuty, każdej zmiany tonacji i wysokości linii melodycznej. Gdy oddzielić satyryczny tekst od stylizowanego na ludową przyśpiewkę utworu, pozostaje nostalgiczne westchnienie: tęsknię, więc jestem…

Muzyki potrzebuję jak powietrza, jak wiatru, który przegania... chcę by jego powiew mnie porywał, unosił na barana, a potem grzecznie zanosił do domu

– mówiła Joanna Kołaczkowska przy okazji premiery swojego koncertu złożonego z piosenek.

– Chcę, by piosenki mną poniewierały i wyrywały mi włosy. Marzeniem moim jest stworzenie takich piosenek, które będą żyły i od czasu do czasu wyrwą komuś choć jeden włos14.

Swój wymarzony solowy piosenkowy projekt artystka komentowała następująco:

Recital jest dość ciepły, taki miłosny wobec swojego życia i ludzi i świata, ale jednak wiem, ludzie mi mówią, że są momenty, w których płaczą, wzruszają się. Bo mi się wydaje, że ja już sobie z wieloma tematami poradziłam, ale ludzie to odczuwają, słyszą po raz pierwszy, jak mówię o ojcu, który zmarł, o mamie15.

I wreszcie, podsumowując swoją relację z publicznością, wyznała:

Chcę się czuć trochę jak w rodzinie, buduję taką atmosferę, że możemy się pozwierzać, może jednostronnie. Wtedy się dobrze czuję. Muszę się czuć bezpiecznie, poczucie bezpieczeństwa to jest przecież podstawa funkcjonowania. Nie chcę się na scenie konfrontować, nie chcę widowni sprawdzać, trzymać na dystans, chcę mieć ją bardzo blisko. Jak dziecko wchodzi cioci na kolana: widownia jest taką ciocią, której ja siadam na kolanach i będę rozśmieszać. Kiedy poczuję się dobrze, wiem, że na koncercie da się razem egzystować16.

Krąg, który tworzy Kołaczkowska razem ze swoją publicznością, staje się wspólnotą poradniczą, polegającą na wspomaganiu jednych ludzi przez drugich, wspólnotą niemającą nic wspólnego z pouczaniem, a bardzo wiele z wymyślonym przez Philipe’a Lejeune’a „czytaniem z życzliwością”17. Czytaniem (tu: śpiewaniem, wspominaniem, improwizowaniem) na głos, w skupionej obecności sobie podobnych, własnych autobiograficznych zapisków. Owo śledzenie, przeżywanie czyjejś egzystencji to – twierdzi Lejeune – poszukiwanie recept na dobre życie albo formułowanie przestróg, jak uchronić się od zła. To odnajdywanie rozstrzygnięć własnych dylematów, odpowiedzi na pozostawiane „na później” pytania, próba zapobieżenia nieszczęściu albo zapewnienia pomyślności innym. To karmienie się wzajemną akceptacją, wspólnota doradców i radzących się.

Tak postrzegane kabaretowe maskarady Joanny Kołaczkowskiej tworzą nie tylko skarnawalizowany świat kabaretu, służą nie tylko artystycznej ekspresji. Przede wszystkim przyspieszają proces gojenia ran – ujawnianych we wspólnej bezpiecznej przestrzeni zagospodarowanej przez liczną rodzinę Hrabiny Pączek. Są – tak jak chciała sama artystka – seansem terapeutycznym. Intymnym, poufnym, dyskretnym.

***

Świat Joanny Kołaczkowskiej jest nieskończony, ponieważ znosi wszelkie podziały: na scenę i widownię, na kobiety i mężczyzn, na dorosłych i dzieci. Każdy ma tutaj swoje miejsce i swoją autobiografię wpisaną w jej opowieści. Tworzą one historię każdego z nas, mówią o tym, kim jesteśmy i kim chcielibyśmy być. Pakt przymierza autorki Żółtej sukienki z widzami jest naszym estetycznym, teatralnym, kabaretowym dziedzictwem autobiograficznym. Jej żarty, uśmiechy, piosenki, miny, sposób mówienia, poruszania się – są jak powietrze, jak wiatr, który przegania, porywa, unosi na barana i zanosi do domu wzniesionego na fundamentach maskarad i porad Hrabiny Pączek. Naszej Aśki.

Przypisy:

  • 1 Joanna Kołaczkowska o sobie na stronie internetowej kabaretu Hrabi, https://hrabi.pl/ludzie/joanna-kolaczkowska/ (dostęp 2 października 2025).

    2 Układanka. Rozmowa z Joanną Kołaczkowską {rozmawia Iza Mikrut], „Sztajgerowy Cajtung” 2020, nr 1(76), nlb [s. 11], za: https://sztajgerowy.chto.pl/nr-1-76-2020/ (dostęp 28 września 2025).

    3 Cytat z przedwojennej piosenki, popularnej w berlińskich i wiedeńskich kabaretach Ich bin ein Vamp! (Ja jestem wamp!) – kompozycja Mischy Spoliansky’ego do słów Marcellusa Schiffera, Gézy Herczega i Roberta Kleina. Autorem tłumaczenia tekstu na język polski jest Artur Kożuch.

    4 Weselny potwór. Ciocia Ela – piosenka napisana przez Joannę Kołaczkowską, Dariusza Kamysa i Władysława Sikorę do muzyki Łukasza Pietscha. Utwór pochodzi z programu kabaretu Hrabi Gdy powiesz: TAK (2012).

    5 Cyt. za: M. Kobla, Nowa piosenka Hrabiny Pączek podbija Internet…, Dzień dobry TVN, 9 stycznia 2023, dziendobry.tvn.pl (dostęp 28 września 2025).

    6 Układanka, dz. cyt.

    7 PrzySŁOWIE. Rozmowa z Joanną Kołaczkowską. Rozmawia Mateusz Adamczyk, Mazowiecki Instytut Kultury, youtube.com (dostęp 1 października 2025).

    8 Nie udało mi się – piosenka ze słowami Joanny Kołaczkowskiej i Artura Andrusa, skomponowana przez Kołaczkowską. Wykonana 1 kwietnia 2024 podczas koncertu na 62. urodziny radiowej Trójki. 

    9 Układanka, dz. cyt.

    10 PrzySŁOWIE, dz. cyt.

    11 Układanka, dz. cyt. Żółta sukienka jest piosenką napisaną w 2019 roku przez Joannę Kołaczkowską do muzyki Łukasza Pietscha.

    12 Ja się boję utyć! – piosenka z 1926 roku, napisana przez Andrzeja Własta do muzyki Freda Raymonda, śpiewana między innymi przez Zulę Pogorzelską i Stefcię Górską.

    13 Dieta – piosenka Mariana Hemara napisana pod koniec lat trzydziestych dla Miry Zimińskiej, spopularyzowana po drugiej wojnie światowej w środowisku londyńskiej emigracji przez Jadwigę Czerwińską.

    14 Materiały promocyjne projektu Hrabina Pączek – muzyczny stand-up Joanny Kołaczkowskiej, 2024. 

    15 Cyt. za M. Kobla, dz. cyt.

    16 Układanka, dz. cyt.

    17 P. Lejeune, Czytać z życzliwością, [w:] tegoż, Napisać swoje życie. Droga od paktu autobiograficznego do dziedzictwa autobiograficznego, tłum. Aneta Słowik, Małgorzata Sakwerda, Wrocław 2017.

99

Pożegnani –
Pamiętani

Czytaj również:

  • Złoto i popiół
    31.10.2025
  • Olśnienie. O teatrze Janusza Wiśniewskiego
    31.10.2025
  • W pół drogi. Wspomnienie o Barbarze Rylskiej
    31.10.2025
  • Wewnątrz fotografii. Tadeusz Rolke spotyka Tadeusza Kantora
    31.10.2025
  • Bajka
    31.10.2025
Raptularz

ISSN 2956-8609

Wydawca

Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego
ul. Jazdów 1
00-467 Warszawa

www.instytut-teatralny.pl

Redakcja

kolegium w składzie:
Grzegorz Kondrasiuk, Małgorzata Piekutowa,
Michał Smolis, Maryla Zielińska (do 31.12.2024)

raptularz@instytut-teatralny.org

wideo: Alicja Borowiec, Michał Januszaniec
montaż podcastów:
Dorota Kołodziejczyk, Michał Januszaniec