ISSN 2956-8609
Dwóch raz
Polaków poszło do nieba,
A że tak
powinno być i że tak trzeba
I że zwyczaje
takie są w górze –
Dano im nocleg
na jednej chmurze.
Gdy anioł
dyżurny znikł za zakrętem,
Pierwszy
przemówił: „Przepraszam się z świętym
Ale ja w
sprawie tego noclegu –
Że to
zamieszkać mam z tą lebiegą.
Toć święty
widzi, że to poznaniak,
Że bez fasonu,
bez wychowania.
W zwykłych kamaszkach
i w takich pludrach!
I to do nieba
taka łachudra!
Apiać na
ziemię, niech sobie fyra
Poznańska pyra!”.
Poznaniak cichy
aż do tej pory
Zadrżał jak
gdyby piorun weń trzasnął.
Czapkę
nacisnął, poprawił pory:
„A co to łajzo?
Robisz mi łaskę!
To żem nie
widział, jak z tem aniołem
Żeś się tam
chichrał, tam dycht na dole?!
Nawet do nieba
się dostał kantem,
Chorobny Antek!
Choćbym miał
cierpieć najgorszą bidę
Społ z nim nie
byde!”.
Święty
oniemiał, a że już stary,
Trzęsącą ręką
wdział okulary,
Podszedł do obu
zupełnie blisko,
Żeby się dobrze
przyjrzeć chłopiskom.
Potem się
cofnął i groźnie rzecze:
„Czy
zapomniałeś o tym, człowiecze,
Że u
niebieskiej stanąłeś bramy
I że my w
niebie też sankcje mamy?”.
„– Proszę najświętszej
ja Eminencji
My się już
sankcji nie bojem więcej!
Przez sześć lat
szkopy, Ojcze Wielebny,
Wycisk dawali
nam niemożebny!
Raz ze
sankcjami, to znów bez sankcji,
Że się nie
bojem żadnej instancji!”.
Święty Piotr
słuchał, czy grom nie padnie –
Nie padł –
pogładził skronie bezradnie
I aureoli
dotknął ze drżeniem:
Pierwszy raz w
niebie takie zdarzenie!
Wkrótce w
niebieskiej był już centrali,
Gdzie wszyscy
święci rzędami spali.
Budzi ich,
mówiąc, co za ambaras.
Więc święty
Michał: wyrzucić zaraz!
Święty
Franciszek ręce rozkłada:
– Że tak nie
można, tak nie wypada.
Więc polscy
święci podnieśli lament,
Zrobił się w
niebie straszliwy zamęt.
A wszyscy tylko
w głowę zachodzą:
Co z nimi
zrobić, czy się pogodzą?
A święty klucznik,
że to już stary,
Ciągle
zdejmował i kładł okulary
I aureoli
dotykał ze drżeniem
Mrucząc pod
nosem: Takie zdarzenie!
A święty
Michał, drepcząc po chmurach:
– Co tam
zdarzenie! To awantura!
Więc święty
Piotr już nie mruczał wcale,
Wszystkie
anioły chodziły struchlałe.
A tamtym nudno
było i w smutku
Warszawiak
gwizdał se po cichutku,
Bo to w Mazurze
już taka dusza,
Że chociaż w
niebie, musi się ruszać.
I coraz
głośniej, coraz wyraźniej,
Aż mu w
warszawskiej się wyobraźni
Jęła rysować,
chociaż powoli
Jego rodzinna
knajpa na Woli.
Choć brzydko
myśleć tam o czymś takim
Jak grzał ze
szwagrem Piekutoszczakiem
Do Mańki, u
której miał wielkie szanse,
że to znał fason i parle franse.
Poznaniak
milczał. Oj, tamten nie wie,
Jak to bywało
na Chwaliszewie,
Jak to za
cztery i pół trojaka
Człowiek
wywijał u Ochowiaka.
Jak Ochowiaczka
mówiła: Nie dom!
Kiedy się żenić
chciał z jej Praksedom.
I jakie z tego
były kawały,
I jak węborki w
kuchni latały.
Wtem zadygotał,
bo tamta dusza
Po chmurze w
takt się polki porusza,
Ale to w taki
szczególny sposób,
Jaki niewiele
umiało osób.
– Te Antek,
słuchaj! No to żem słyszał!
– To umiał
tylko Felek z Kalisza!
– Owszem,
chłop równy, mąż siostrzenicy –
Choć on z
prowincji, a ja ze stolicy.
Poznaniak
czapkę wsadził na bakier
– To żeśmy
krewni, bo to mój szwagier,
Chociażeś
Antek, dawajże pyska!
Na to
warszawiak jak nie zaśwista,
Jak nie
przytupnie, jak opętany,
Jak się obydwaj
nie puszczą w tany,
W kręgu
promieni gwiazdeczki ślicznej,
W jakiejś
straszliwej polce kosmicznej,
Od której
drżały karpackie szczyty,
A z gwiazd
pryskały meteoryty…
Że nie
spostrzegli, że tuż przed nimi
Stali już
wszyscy święci zdumieni.
Więc święty
Michał z dezaprobatą:
– To będzie
jakiś naród wariatów!
A święty
klucznik, że to już stary,
Spojrzał raz
jeszcze przez okulary,
I aureoli
dotknął ze drżeniem,
I rzekł z
podziwem: „Takie zdarzenie!”.
I tylko wszyscy
polscy anieli
Mieli łzy w
oczach – bo zrozumieli…
Bajka (o polskich zaświatach) Zbigniewa Raszewskiego powstała, gdy studiował na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Poznańskiego (1945–1949). Było to jedno z wielu wierszowanych wystąpień ustnych autora.
Po latach, w Raptularzu, pod datą 11 V 1990 Profesor zanotował: „Wygłosiłem w czasach studenckich masę wierszy, czasem długich, ale ich nie spisałem. Miałem dosyć dobrą pamięć i byłem w stanie wyrecytować z estrady długi wiersz po jednorazowym przepowiedzeniu go sobie w myśli. Technika ta pozwalała mi wplatać do treści całkiem świeże wydarzenia. Na publiczności sprawiało to znaczne wrażenie. Jeśli wiersz się podobał, zdarzało mi się go powtarzać przy rożnych okazjach. Ale nigdy zapisywać! Dlatego też dziś, po upływie półwiecza, cała ta żartobliwa poezja wywietrzała z mojej głowy, zgodnie z moją ówczesną intencją. Wiedziałem już wtedy, ze nie ma nic gorszego, jak traktowanie estrady ze śmiertelną powagą”1. Przy innej okazji Raszewski podkreśla: „tępiłem próby zapisywania ich przez publiczność”2. Na szczęście wiersze, bajki, hymny, ballady i piosenki spisywali znajomi, a później rodzina, i dzięki temu część z nich zachowała się w archiwum.