ISSN 2956-8609
Już wiem dlaczego od kilku dni zabierałam się do tego felietonu jak pies do jeża – po prostu tydzień temu zagrałam ostatni spektakl w tym sezonie, zamknęłam cenny rozdział w moim życiu i rozpoczęłam wakacje. Bliżej mi do wypoczynku od teatru niż do rozmyślań o teatrze – ale to uczciwe stwierdzenie faktów pomogło mi jednak schwycić ołówek i podjąć temat zespołowości oraz teatru jako rodziny. Trochę patetyczne i staromodne porównanie, prawda – teatr jako drugi dom? Przynajmniej dla mnie.
Chyba nigdy nie wierzyłam w to, że zespół jest moją rodzina, a teatr – drugim domem. To jednak nigdy nie wykluczało ogromnej sympatii, a nawet oddania, lojalności i poczucia obowiązku wobec tego miejsca, zadzierzgniętych serdecznych przyjaźni, więzi emocjonalnych z ludźmi czy z tymi samymi kilkoma deskami podłogi…
I oto teraz, kiedy widzę zapisane czarno na białym (a pierwotnie raczej grafitowym na ecru w kratkę), wygląda to dość okrutnie, no, ale co poradzę. Poza tym, czy w innych zawodach również używa się takich pojęć jak „drugi dom” czy „rodzina” w kontekście współpracy? Spróbowałam wyobrazić sobie grupę adwokatów z jednej kancelarii, myślących o pracującym tam zespole jako o braciach i siostrach albo o kadrze pedagogicznej traktującej dyrektorkę szkoły jak matkę, ale jakoś tego nie poczułam. A o zespole teatralnym potrafię pomyśleć jako o grupie bardzo, bardzo bliskich mi ludzi; a o teatrze jako o miejscu, w którym chyba jednak chcę być, skoro minęło już ponad dwadzieścia lat, a ja nadal otwieram przed nim serce. Sprawy teatralne czuję i przeżywam, ale po prostu nie szafuję słowami. Zastanawiam się tylko czy to ja tak mam, czy po prostu mamy takie czasy. Może potrzebujemy teraz dużo więcej zdrowego egoizmu, żeby przetrwać. W czasach, kiedy posiadaliśmy mniej, zespół zapewne znaczył więcej, a dziś, kiedy mamy o wiele więcej – być może potrzebujemy od siebie mniej…
Nie ma w nas już chęci, żeby spędzać razem czas po pracy, obgadać coś zbiorowo w knajpie po spektaklu lub próbie. Mamy też tyle pracy, że nie przynosimy jej do domu, nie żyjemy nią w stu procentach, tak mi się zdaje, ale to nie znaczy, że nie przeżywamy teatru, nie strzelamy przed premierą do jednej bramki.
Zresztą, z tym piłkarskim porównaniem to jest trochę też tak, że oprócz strzelania od czasu do czasu zbiorowego gola, coraz częściej celujemy również do osobistych, indywidualnych bramek zawodowych, bo takie czasy. Bo takie tempo. Bo kapitalizm. Wobec tego, obecnie, można być i nie być zespołem jednocześnie… (brzmi jak nieudolna próba odpowiedzi na słynne pytanie). A na dodatek co z zespołem, który nie wie czy w niedalekiej przyszłości nadal będzie zespołem w obecnym kształcie? Pytam o to, ponieważ w dziejach danego domu-teatru zdarza się zmiana ojca, a konkretnie – dyrektora teatru. Rodzi się wtedy mnóstwo pytań o własne i zbiorowe istnienie, o miejsce w nowej rzeczywistości teatralnej, o przynależność do tego, co nowe, o własne i wspólne pragnienia lub oczekiwania. Rodzi się niepokój, niewiedza i niepewność. Wszystko z przedrostkiem nie-, ale może przy okazji rodzi się też „coś na tak”? A jeśli tak, to co takiego?
W spektaklu Fredro. Rok jubileuszowy Marek Barbasiewicz mówi, słowami Jarosława Marka Rymkiewicza, że tak naprawdę istnieje: „…ruch tylko, zmiana kształtu”. Jest rzeczą oczywistą, że nie istnieje nic pewniejszego od zmiany i nie ma co się temu opierać. Czasami jej pragniemy, a czasem z nią walczymy, kiedy odczuwamy zmianę jako koniec bezpieczeństwa i stabilności Nauczyłam się już, że niczego na siłę w życiu nie zatrzymam, więc… odpuszczam niepokój.
A przy zmianie dyrekcji można się przecież niepokoić. Dużo się wtedy dzieje w zespole, zaczyna krążyć niezidentyfikowana energia, rozglądamy się po sobie nawzajem i czasem nie rozpoznajemy dawnych siebie… Coś się dzieje w „domu”, ale co dokładnie? Co to będzie, co to będzie? Na razie ciemno, głucho.
Och, dosyć owijania w bawełnę – przecież sama zastanawiam się nad tym, czy przy nowym dyrektorze znajdzie się dla mnie miejsce w zespole Teatru Narodowego. Jestem jego częścią i myślę o mojej w nim przyszłości. Nie spędza mi to snu z powiek, ale poddaję weryfikacji stan rzeczy… Zastanawiam się czy zaakceptuję zmianę, czy to będzie miejsce, które nadal będę uważać, za „drugi dom”…
Przecież w domach, w rodzinie, zawsze coś się dzieje – przeprowadzki, remonty, kłótnie, zgody, rozmowy, dzieci się buntują, dorastają, wyprowadzają, rodzice czasami się rozstają, zawiązują patchworkowe rodziny, pojawia się przyrodnie rodzeństwo. Normalka.